Zamówiła obiad na rajskiej wyspie. Taka porcja kosztuje mniej niż zestaw obiadowy w polskim barze mlecznym
Zamówiła obiad na rajskiej wyspie. Taka porcja kosztuje mniej niż zestaw obiadowy w polskim barze mlecznym
Egzotyczne wakacje w tropikach kojarzą się z luksusowymi kurortami oraz restauracjami, w których ceny potrafią przyprawić o zawrót głowy. Wystarczy jednak wyjść poza hotel i skosztować lokalnego street foodu, by przekonać się, że rajska wyspa zachwyca też cenami. Na Mauritiusie sycący obiad zrobisz za kwotę, za którą w Polsce trudno dziś o zestaw w barze mlecznym.
Większość turystów kojarzy Mauritius wyłącznie z pocztówkowymi plażami i drobnym, białym piaskiem. Prawdziwe, niezwykle wyraziste oblicze wyspy kryje się jednak w lokalnych restauracjach oraz przydrożnych knajpkach, w których stołują się przede wszystkim mieszkańcy.
Do takiego właśnie miejsca trafiła nasza czytelniczka Maria. Wybór padł na Zub Express Restaurant w miejscowości Flic en Flac – kultowy na wyspie punkt zlokalizowany tuż przy plaży, słynący z serwowania dań na wynos w wersji halal oraz wyśmienitej kuchni indyjsko-chińskiej. Miejsce to od lat przyciąga zarówno lokalnych mieszkańców, jak i podróżników szukających potraw przygotowywanych na bazie świeżych, lokalnych składników.
– Zapach czuć było już z daleka, była nawet mała kolejka, więc uznaliśmy to za dobry znak – wspomina Maria.
WIDEO
W spiżarni zajmują honorowe miejsce. Ogórki w chińskiej zalewie robię na okrągło
Tani obiad na rajskiej wyspie
Zamówione przez Marię danie "Fried Noodles with Chicken and Egg" to na wyspie słynny mine frite, czyli absolutny król maurytyjskiego street foodu. Sama jego nazwa jest doskonałą ilustracją kulturowej mozaiki wyspy: wyraz mian (lub mine) pochodzi z chińskiego dialektu hakka i oznacza makaron, z kolei frite (lub frire) to po prostu francuskie określenie na smażenie.
Historia tej potrawy sięga XIX wieku, kiedy na Mauritius przybyli imigranci z południowo-chińskiej prowincji Guangdong oraz krainy Hakka. Przywieźli ze sobą tradycję przygotowywania pszennego, jajecznego makaronu, który z czasem stał się ulubionym, szybkim posiłkiem wszystkich mieszkańców – od robotników po turystów. Kuchnia maurytyjska to zresztą niepowtarzalny tygiel smaków, w którym dania chińskie mieszają się z wpływami kreolskimi, indyjskimi i francuskimi.
Sekret tkwi w rozgrzanym woku
Cienki makaron jajeczny smaży się na bardzo dużym ogniu, co nadaje mu sprężystość i delikatny, dymny aromat. W naczyniu lądują kawałki marynowanego kurczaka, chrupiąca kapusta, marchewka, dymka oraz liście kapusty pak choi. Całość spaja gęsty, aromatyczny sos z dodatkiem sosu sojowego, imbiru, czosnku i kropli oleju sezamowego.
Na samym wierzchu gorącej potrawy pyszni się obfita porcja puszystego omleta, pokrojonego w drobne, złociste wstążki. Taki sposób podania tworzy świetną, kremowo-chrupiącą teksturę przy każdym kęsie.
Mniej niż 20 złotych za porcję
Poza samym smakiem zaskoczeniem okazała się ostateczna kwota na paragonie oraz sama wielkość serwowanego posiłku. Za solidną, ważącą niemal pół kilo porcję gorącego makaronu z dodatkami w restauracji przy plaży trzeba zapłacić 225 rupii maurytyjskich (MUR), co po przeliczeniu daje ok. 20 zł.
– Porcja była tak spora, że na spokojnie wystarczyła na większy głód. Makaron był gorący, sprężysty, a warzywa chrupały – mówi nasza czytelniczka.
Za takie pieniądze w Polsce trudno dziś dostać nawet zestaw z kotletem w barze mlecznym. Wzięcie takiego gorącego pudełka w dłoń i zjedzenie go na drewnianej ławce w cieniu drzew z widokiem na turkusowy ocean to dowód na to, że najlepsze kulinarne wspomnienia z podróży wcale nie wymagają wydawania fortuny.