Pokazała, o ile tańsze są obiady w Azji niż w Polsce. Różnica jest ogromna
Pokazała, o ile tańsze są obiady w Azji niż w Polsce. Różnica jest ogromna
Po prawie dwóch latach życia w Azji powrót do Polski mocno odczułam przy restauracyjnych rachunkach. Na Tajwanie za około 20 zł można zjeść porządny obiad, a kawa czy herbata często kosztują zaledwie kilka złotych. W Polsce podobne wydatki potrafią być nawet kilkukrotnie wyższe.
20 zł za sycący obiad na Tajwanie, a 40–60 zł za podobny posiłek w Krakowie. Kawa za około 8 zł zamiast 20, a czasem nawet 30 zł. Herbata za kilka złotych, podczas gdy w Polsce często kosztuje kilkanaście. Po niemal dwóch latach życia w Azji powrót do kraju był dla mnie pod tym względem prawdziwym zderzeniem z rzeczywistością. Tak przyzwyczaiłam się do tamtejszych cen, że polskie menu zaczęłam przeglądać z niedowierzaniem.
WIDEO
Jajecznica z 3 jajek w cenie obiadu. Wróciliśmy do Księstwa Góralskiego
Po dwóch latach przestałam zwracać uwagę na ceny. W końcu odrzuciło mi kartę
Pamiętam, że chciałam kupić (kolejną) kawę na mieście. Podałam kartę i nagle płatność została odrzucona. Pomyślałam, że pewnie coś nie działa z terminalem, ale nie. Wszystko było w porządku. Po prostu wydałam za dużo. I wtedy dotarło do mnie, że od jakiegoś czasu w ogóle nie sprawdzałam cen. Oczywiście było to lekkomyślne z mojej strony, ale po dwóch latach w Azji tak przyzwyczaiłam się do tamtejszych cen, że po powrocie do Polski kupowałam kawę czy herbatę na mieście zupełnie automatycznie.
W Azji kawa czy herbata za kilka złotych to nic nadzwyczajnego. Kupujesz, pijesz i idziesz dalej. Przez dwa lata mieszkałam głównie na Tajwanie i jedzenie na mieście stało się dla mnie zwyczajną częścią codzienności, a nie czymś, na co trzeba było specjalnie odkładać. Dlatego po powrocie do Polski zupełnie nie miałam z tyłu głowy, że kawa czy herbata może kosztować kilkanaście, a czasem nawet kilkadziesiąt złotych.
20 zł za obiad z piciem bez limitu kontra 50 zł za schabowego bez dodatków
Po moim powrocie do kraju najbardziej szokujące okazały się ceny – ogólnie, ale przede wszystkim te w restauracjach. I dopiero kiedy zaczęłam porównywać je z tym, do czego przyzwyczaiłam się przez dwa lata w Azji, zobaczyłam, jak duża jest różnica.
Na Filipinach za kilka złotych można było znaleźć proste lokalne jedzenie, a za około 15–20 zł spokojnie można było się najeść dużą porcją makaronu, ryżu, mięsa czy różnych dodatków. Na Tajwanie podobnie – około 20 zł za obiad było czymś zupełnie normalnym. Nie była to żadna wyjątkowa promocja czy najtańsza budka. Po prostu zwykły obiad w przeciętnej restauracji w drodze z pracy do domu. Restauracje nigdy nie świeciły tam pustkami.
Dla porównania w Polsce za zwykłego schabowego w restauracji trzeba często zapłacić około 40–50 zł. I to za samo mięso. Do tego dochodziły ziemniaki, surówka i coś do picia. Nagle z obiadu za 40–50 zł robi się rachunek na 60–70 zł, a w lepszej restauracji jeszcze więcej. Nawet jeśli znajdziemy tańsze miejsce, 30–40 zł za obiad nie jest dziś niczym szczególnie zaskakującym.
Najbardziej pamiętam jednak hot pot na Tajwanie. Była to jedna z droższych restauracji, w jakich jedliśmy, ale też miejsce o naprawdę bardzo dobrej jakości. Do wyboru było mnóstwo dodatków: mięso, warzywa, grzyby i różne składniki do gotowania, a do tego – w cenie – wiele rodzajów napojów i herbaty bez limitu. Za cały posiłek zapłaciliśmy około 80 zł za osobę.
Czasami taniej zjeść na mieście niż gotować w domu
I tutaj pojawia się ciekawy paradoks. Niektóre produkty spożywcze w tajwańskich supermarketach wcale nie są tanie. Zdarzało się więc, że kupienie wszystkich składników i przygotowanie obiadu w domu wychodziło drożej niż zjedzenie prostego posiłku na mieście. Szczególnie jeśli doliczyć czas potrzebny na zakupy, gotowanie i późniejsze sprzątanie. Nic dziwnego, że przy takich cenach wiele osób po prostu wybiera gotowe jedzenie.
Dlaczego na Tajwanie ludzie tak często jedzą na mieście?
Wydaje mi się, że jedną z rzeczy, które najbardziej różnią codzienne życie na Tajwanie od Polski, jest właśnie podejście do jedzenia. Oczywiście nie można powiedzieć, że absolutnie wszyscy Tajwańczycy nie gotują w domu, bo byłoby to dużym uproszczeniem. Jednak wśród ludzi, których poznałam, gotowanie nie było czymś, co trzeba było robić codziennie za wszelką cenę. Jedzenie na mieście było po prostu wygodne, szybkie i stosunkowo tanie.
Jeśli ktoś wracał z pracy późnym popołudniem, nie musiał koniecznie wracać do domu, robić zakupów, gotować obiadu, a później jeszcze sprzątać kuchni. Mógł po prostu wejść do lokalnej knajpki i za niewielkie pieniądze zjeść coś ciepłego. To samo dotyczyło studentów, osób pracujących czy ludzi, którzy mieli krótką przerwę w ciągu dnia.
I chyba właśnie dlatego jedzenie na mieście nie ma tam tego samego znaczenia co w Polsce. Nie zawsze jest to "wyjście do restauracji". Czasami to po prostu sposób na zaspokojenie głodu. Pytanie: czy każdego na to stać? Pędzę z odpowiedzią.
Bogatszy czy mniej zamożny – każdego stać na jedzenie i picie na mieście
Jeżeli obiad kosztuje około 20 zł, jego kupienie nie jest automatycznie luksusem zarezerwowanym dla osób z dużym budżetem. Można znaleźć bardzo proste lokale, małe rodzinne knajpki, stoiska z jedzeniem czy nocne targi, gdzie za stosunkowo niewielką kwotę można dostać świeże i sycące jedzenie. Tak naprawdę najeść można się za około 10 złotych, a zarobki Tajwańczyków są zbliżone do polskich. Wniosek nasuwa się sam.
W Polsce różnica pomiędzy codziennym jedzeniem w domu a obiadem w restauracji jest znacznie bardziej odczuwalna. Jeżeli jedna osoba wydaje 40–50 zł na obiad, a rodzina czteroosobowa miałaby zrobić to samo, rachunek bardzo szybko robi się trzycyfrowy. W takiej sytuacji trudno traktować restaurację jako coś, co robi się codziennie bez zastanowienia.