Zaczęłam całkiem odważnie – od ozorków. Był to mój pierwszy raz i muszę przyznać, że pod względem smaku wypadły naprawdę dobrze. Podano je z sosem śmietanowym i puree, dzięki czemu całe danie było delikatne, kremowe i przyjemne w odbiorze. Gdyby liczył się wyłącznie smak, prawdopodobnie nie miałabym żadnych zastrzeżeń.
WIDEOGulasz z żołądków z buraczkami i ziemniakami. Smakuje jak u babci
Problem pojawił się przy teksturze. Ozorki mają bardzo charakterystyczną, lekko gumowatą i sprężystą konsystencję, do której po prostu nie jestem przyzwyczajona. To właśnie sprawiło, że jedzenie ich było dla mnie trochę… dziwne. Cały czas miałam z tyłu głowy świadomość, co właściwie jem. Czy spróbowałabym ich drugi raz? Pewnie tak, bo samo danie było naprawdę smaczne. Zdecydowanie potrzebowałabym jednak chwili, by oswoić się z tą konsystencją.
Ozorki w sosie śmietanowym z puree. Zaskakująco smaczne
Świńskie uszy. Smak i tekstura, które trudno zapomnieć
Tutaj zdecydowanie weszłam na wyższy poziom kulinarnych eksperymentów. Zanim spróbowałam świńskich uszu, miałam w głowie obraz, że w Polsce kojarzą się raczej z przysmakiem dla psów. Na Białorusi wygląda to jednak zupełnie inaczej. Widziałam je w wielu sklepach i marketach, sprzedawane zupełnie zwyczajnie, obok innych produktów spożywczych. Nie były traktowane jak coś egzotycznego czy wyjątkowego, lecz jak kolejny produkt, który można bez zastanowienia wrzucić do koszyka.
W restauracji spróbowałam ich z sosem pomidorowym. Niestety, moje kulinarne odkrycie skończyło się dość szybko. Gumowata, specyficzna tekstura zupełnie mi nie odpowiadała, a smak również nie był czymś, do czego chciałabym wracać. Jednocześnie rozumiem, dlaczego ktoś może lubić to danie. Jak w przypadku wielu nietypowych przekąsek, dużo zależy od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Dla mnie jednak świńskie uszy zdecydowanie trafiają na listę rzeczy, których spróbowałam raz — i to mi w zupełności wystarczy.
Suszone (nie wędzone!) ryby. Ekstremalny zapach
To była chyba rzecz, której zapach zaskoczył mnie najbardziej — jeszcze zanim zdążyłam jej spróbować. Od razu zaznaczę, że nie chodzi o zwykłe ryby wędzone, takie jak makrela, które dobrze znamy także w Polsce. Mam na myśli bardzo mocno suszone ryby, dostępne w białoruskich sklepach i popularne tam jako przekąska.
Ich zapach jest naprawdę intensywny. Czasem wystarczyło wejść do sklepu, by od razu go poczuć. Sama ryba jest bardzo sucha i zdecydowanie trudniejsza do jedzenia niż produkty rybne, do których przywykliśmy w Polsce. Rozumiem, że dla osób lubiących takie przekąski — często jedzone jako zagryzka do piwa — może to być zupełnie normalne. Dla mnie jednak zarówno zapach, jak i konsystencja okazały się nie do przejścia.
Rurka z kremem. Najlepszy deser, jaki kiedykolwiek jadłam
W pewnym momencie nastąpił niespodziewany zwrot akcji, bo trafiłam na coś, co naprawdę mnie zachwyciło. Warto zaznaczyć, że na co dzień nie jestem wielką fanką deserów ani słodyczy. Jeśli więc jakiś deser robi na mnie wrażenie, naprawdę musi być wyjątkowo dobry.
Była to rurka z kremem, ale zupełnie inna niż te, które znamy z Polski. Sam wypiek był bardzo miękki, a w środku znajdował się krem przypominający nieco kajmak. Był jednak zdecydowanie mniej słodki, dzięki czemu całość nie sprawiała wrażenia ciężkiej ani mdłej. W środku znalazły się też kawałki dodatku, który nadawał deserowi jeszcze ciekawszą teksturę. Naprawdę nie spodziewałam się, że to właśnie deser okaże się tym, co zapamiętam najlepiej. Mogłabym zjeść go ponownie bez chwili zastanowienia.
Turbo słodkie soki z nietypowych owoców. Smak gorszego sortu kompotu
Na koniec coś, co może nie było tak ekstremalne jak świńskie uszy czy suszone ryby, ale zdecydowanie okazało się ciekawym doświadczeniem smakowym. W sklepach znalazłam mnóstwo soków z owoców, które niekoniecznie kojarzą się z typowymi smakami gotowych napojów. Były między innymi warianty wiśniowe, śliwkowe i wiele innych owocowych propozycji.
Jeden z nich szczególnie przyciągnął moją uwagę, głównie za sprawą charakterystycznego opakowania. Kupiłam go, a dopiero po spróbowaniu zrozumiałam, z czym właściwie mam do czynienia. Smakował jak coś pomiędzy sokiem a kompotem, ale z naprawdę ogromną ilością cukru.
Pierwsze skojarzenie? Polska z początku lat 90. albo kompot u babci, do którego ktoś wsypał nieco więcej cukru, niż było to konieczne. I właśnie to wydało mi się w nim najciekawsze. Smak był bardzo słodki, trochę staromodny, a jednocześnie miał w sobie coś przyjemnie znajomego.
Nie powiedziałabym, że te smaki od razu stały się moimi ulubionymi, ale zdecydowanie warto było ich spróbować. Białoruska półka z sokami pokazała mi, że nawet zwykły napój owocowy może smakować zupełnie inaczej, gdy podejście do słodzenia odbiega od tego, do którego jesteśmy przyzwyczajeni.