Tajwan potrafi zaskoczyć na każdym kroku, a szczególnie wtedy, gdy zaglądamy na lokalne stragany i do nietypowych restauracji. Obok owoców, które wyglądają jak miniaturowe jabłka, można tam trafić na kolendrowe lody, duriany sprzedawane przy drodze czy hot pot o ostrości trudnej do wyobrażenia. Podczas pobytu na wyspie przekonałam się, że tamtejsza kuchnia nie boi się ani odważnych smaków, ani naprawdę nietuzinkowych pomysłów.
WIDEOAzjatycka mizeria z ogórków. Słodko-kwaśne orzeźwienie w każdym kęsie
Miniaturowe jabłka "woskowe". Raczej nie dostaniemy ich w Polsce
W Polsce mamy naprawdę wiele odmian jabłek, ale takich jak te, które kupiłam na Tajwanie, wcześniej nie widziałam. Pierwszy to jujuba – zielony, chrupiący i bardzo soczysty owoc. W smaku jest słodki i trochę przypomina połączenie jabłka z gruszką. Drugi to jabłko woskowe (wax apple), jeden z bardziej charakterystycznych owoców Tajwanu. Ma czerwony kolor i nietypowy kształt, a w środku jest bardzo soczyste, chrupiące i lekko słodkie. Dziwne, malutkie, całkiem smaczne.
Obsesja wokół kolendry. Lody z jej dodatkiem to jednak za dużo
Na Tajwanie kolendra jest naprawdę popularna. I podobnie jak w wielu innych miejscach na świecie, ludzi można podzielić na dwie grupy: tych, którzy ją uwielbiają, i tych, którzy nie mogą nawet znieść jej zapachu. Ja zdecydowanie należę do tej pierwszej grupy.
Lubię kolendrę i często jem ją w różnych daniach, dlatego kiedy zobaczyłam lody z jej dodatkiem, oczywiście musiałam ich spróbować. I tutaj pojawiło się zaskoczenie. Sama kolendra jest dla mnie jak najbardziej "na tak", ale połączenie jej z czymś słodkim? Nie. Zwłaszcza że czuć ją naprawdę bardzo mocno.
Jadłam obiad z… toalety. I bardzo mi smakował!
Fantazja Azjatów (w tym kulinarna) nie zna granic. Razem z przyjaciółką odwiedziłam jedno z najbardziej absurdalnych miejsc, w jakich zdarzyło mi się stołować. Na Tajwanie trafiłam do restauracji, której motywem przewodnim jest… toaleta i kupa. Tak, dobrze czytasz. Jedzenie podawane jest w miskach przypominających toalety, a cały wystrój został zbudowany wokół tego dość kontrowersyjnego pomysłu.
Zamiast zwykłego talerza dostajemy więc coś, co wygląda jak miniaturowa muszla klozetowa. Przyznam, że sama nie wiedziałam, czy bardziej się śmiać, czy zastanawiać, dlaczego właściwie jem obiad w czymś, co wygląda jak toaleta. Ku mojemu zaskoczeniu wszystkie potrawy, w tym deser, były wyśmienite!
Liczi prosto z drzewa, duriany przy drodze
Na jednej z małych wysp Tajwanu trafiłam na drzewo pełne liczi i oczywiście musiałam zerwać kilka owoców prosto z gałęzi. Świeże liczi można też kupić na lokalnych straganach całymi gałązkami, trochę tak jak u nas sprzedaje się pomidory czy winogrona. Dla mnie był to dość niezwykły widok, bo w Polsce liczi kojarzy się raczej z pojedynczymi owocami w sklepie.
A jeśli chodzi o prawdziwą egzotykę, przy tajwańskich drogach można natknąć się na stoiska z durianami. Naprawdę można poczuć, że jest się bardzo daleko od Polski. Nie muszę dodawać, że owoce (no dobrze, może nie durian) były wyśmienite.
Piekielnie ostry hot pot. Tylko dla odważnych
Po przeprowadzce do Azji szybko przekonałam się, że pojęcie ostrości jest tutaj zupełnie inaczej rozumiane niż w Europie. To, co dla nas jest bardzo ostre, dla wielu Tajwańczyków może być po prostu normalnym poziomem ostrości. Nie wiedziałam też, jak naprawdę wygląda i smakuje ichniejszy hot pot.
Pierwszy raz zobaczyłam taki garnek i już sam jego wygląd zrobił na mnie wrażenie. W środku gotuje się bardzo intensywny, czerwony od papryczek i przypraw bulion, do którego później wrzuca się mięso, warzywa, tofu czy makaron. Można wybierać dodatki według własnego uznania, ale to właśnie bulion nadaje całemu daniu charakterystyczny, bardzo ostry smak.
Lubię ostre jedzenie, więc oczywiście musiałam spróbować. I przyznam, że było naprawdę… ostro. Momentami aż za bardzo, ale jednocześnie właśnie taki hot pot jest jednym z tych dań, które najlepiej pokazują mi, jak różne może być jedzenie w Azji od tego, do którego przyzwyczaiłam się w Polsce.