Zapiekanki z prodiża i kapusta kiszona w słoiku. Tak gotowaliśmy na lekcjach techniki 30 lat temu

O diecie planetarnej i zrównoważonym żywieniu mówi się dziś w szkołach coraz więcej. Tymczasem lekcje gotowania z prawdziwego zdarzenia polscy uczniowie mieli już dekady temu na technice. O zapiekankach z prodiża, kiszeniu kapusty w słoikach i lekcjach, które uczyły życia przy stole, opowiada mi pani Anna, emerytowana nauczycielka.

Jak wyglądały lekcje techniki w dawnej szkole?Gotowanie w szkole
Źródło zdjęć: © Grafika wygenerowana przez AI • Zdjęcie wygenerowane przy pomocy AI
Katarzyna Gileta

Współczesna edukacja kulinarna szuka sposobu na to, jak nauczyć dzieci szacunku do jedzenia. Pojawiają się nowe pojęcia, wytyczne i programy propagujące dietę planetarną. Mówi się o prostocie, lokalnych i sezonowych składnikach, ograniczaniu marnowania żywności i wiedzy, jak z podstawowych produktów przygotować wartościowy posiłek. Gdy jednak porozmawia się z kimś, kto prowadził zajęcia kulinarne w szkole dwadzieścia czy trzydzieści lat temu, okazuje się, że część tych zasad była obecna w szkołach już wcześniej. Wtedy po prostu nazywały się lekcjami techniki.


WIDEO
Ewa Wachowicz grzmi na wybory do śniadaniówek. To popularne wśród rodziców przysmaki

Prodziż na gościnnych występach

Pani Anna przez lata uczyła techniki w szkole podstawowej na Lubelszczyźnie, a po reformie w gimnazjum. Gdy zaczynała pracę, pracownia przypominała raczej magazyn zakurzonych rekwizytów niż miejsce do gotowania. Sprzęty leżały nieużywane, więc trzeba było je najpierw dokładnie umyć, a potem sukcesywnie kompletować naczynia ze szkolnych funduszy, by dzieci miały na czym pracować.

Okładka książki "Nastolatki gotują"
Okładka książki "Nastolatki gotują" © Pyszności

Sama organizacja zajęć wymagała sprytu. Na całą lekcję, łącznie z przygotowaniem posiłku, nakryciem do stołu, zjedzeniem i posprzątaniem, były tylko dwie godziny. O skomplikowanych daniach czy długim gotowaniu nie było mowy.

– Mieliśmy do dyspozycji prodiże, ale gdy włączały się dwa urządzenia naraz, wysadzało korki. Żeby dokończyć zapiekanki, trzeba było brać jeden gorący prodiż z zawartością i przenosić go do sąsiedniej klasy, gdzie sieć nie była tak obciążona – wspomina pani Anna.

Fartuszki, ceraty i niespodzianka pod doniczką

Przygotowanie do lekcji wymagało dyscypliny. Uczniowie musieli przynieść własne chustki na głowę, fartuszki, ceraty do przykrycia stolików i ścierki do naczyń, bo w szkole nie było możliwości ich prania. Menu planowano z tygodniowym wyprzedzeniem w grupach, a nauczycielka korygowała listy tak, by produkty były proste i łatwo dostępne.

– Próbowałam zachęcać dzieci, żeby na kanapkach pojawiało się coś więcej niż tylko chleb, masło i plastry sera czy wędliny. Uczyliśmy się dodawać pomidory, ogórki, paprykę czy szczypiorek, estetycznie je kroić i dbać o wygląd talerza – opowiada pani Anna.
Kanapki
Kanapki wpisujące się w temat lekcji techniki © Adobe Stock

Duży nacisk kładziono na kulturę stołu oraz sprzątanie. Po posiłku dwie osoby z grupy lądowały przy umywalce: jedna myła, druga wycierała i chowała naczynia. Zdarzały się też zabawne sytuacje, jak ta z poszukiwaniem źródła nieprzyjemnego zapachu w sali.

– Przez kilka dni w pracowni utrzymywał się dziwny odór. Pytano sprzątaczki, sprawdzano szafki i zakamarki. W końcu podniosłam doniczkę z kwiatkiem na parapecie przy ostatnim oknie. Okazało się, że uczeń, który prawdopodobnie nie lubił jajek, schował tam ich kawałek po zajęciach – śmieje się pani Anna.

Czerwcowy hit i smak wakacji

Pod koniec roku szkolnego w pracowni pojawiał się prawdziwy rarytas: kluski z truskawkami. Żeby przeprowadzić takie zajęcia w dwie godziny, potrzebna była współpraca ze szkolną kuchnią. Kucharki gotowały dużą ilość makaronu, a dzieci przygotowywały owoce i mieszały wszystko w wielkich miskach.

– To była nasza tradycja na koniec ósmej klasy. Nie zawsze się udawało, bo wszystko zależało od cen truskawek w sklepach i na targach. Czekaliśmy, aż w czerwcu stanieją na tyle, żeby można było sobie na nie pozwolić. Gdy się udawało, na lekcji panowała prawdziwie świąteczna atmosfera, bo truskawki oznaczały, że wakacje są już tuż za rogiem – wspomina pani Anna.

Przetwory w szkole: słoik z kapustą i tarcie jabłka

To, co z dzisiejszej perspektywy może przypominać warsztaty z ekologii i kulinarnych tradycji, dla nas – ówczesnych uczniów – było po prostu ciekawym doświadczeniem i nauką przez praktykę. Sama doskonale pamiętam lekcję, na której kisiliśmy kapustę w słoikach. Szatkowanie, układanie warstwami, przesypywanie solą i dodawanie marchewki dawało niezwykłą okazję do podpatrzenia, co dodaje się w innych domach. Dla jednych klasyką były cebula i olej, inni dorzucali tarte jabłko albo rodzynki.

Kiszona kapusta
Kiszona kapusta © Adobe Stock

Mój mąż z kolei do dziś wspomina z lekcji techniki przede wszystkim tarcie jabłka na surówkę. Dla wielu z nas były to pierwsze próby samodzielnej pracy z nożem czy tarką bez nadzoru rodziców.

Gdy praktyka ustąpiła teorii

Z czasem lekcje gotowania zaczęły znikać z planów zajęć. Wycofanie podziału klas na grupy sprawiło, że prowadzenie zajęć praktycznych dla trzydzieściorga dzieci w jednej sali stało się niemożliwe ze względów bezpieczeństwa. Technika w wielu szkołach stała się przedmiotem wyłącznie teoretycznym.

Pani Anna postanowiła jednak nie rezygnować z edukacji kulinarnej. W gimnazjum stworzyła autorski program modułowy pod nazwą "Sztuka zdrowego odżywiania". Uczniowie poznawali piramidę żywieniową i zasady komponowania posiłków, przygotowywali również prezentacje na temat kuchni regionalnych i światowych, a ponieważ w szkole nie było już pracowni, nawiązała współpracę z lokalną szkołą gastronomiczną.

– Chodziliśmy z młodzieżą do profesjonalnej pracowni gastronomicznej. Uczniowie pracowali na robotach i specjalistycznych piecach. Na pierwszych zajęciach robiliśmy muffinki, na kolejnych pizzę od podstaw, z czekaniem, aż ciasto wyrośnie. Dzieci uwielbiały te wyjścia i ciągle pytały o kolejne – podkreśla pani Anna.

Czego możemy się nauczyć z dawnych lekcji?

Współczesna dieta planetarna kładzie nacisk m.in. na większy udział produktów roślinnych, ograniczanie marnowania żywności oraz wybieranie produktów lokalnych i sezonowych. Lekcje techniki sprzed lat miały jednak kilka cech, które dziś kojarzymy ze zrównoważonym podejściem do jedzenia. Decydował pragmatyzm: krótki czas zajęć, dostępność podstawowych produktów i konieczność posprzątania po sobie.

Nie oznacza to oczywiście, że dawne lekcje techniki były odpowiednikiem współczesnej edukacji o diecie planetarnej. Pokazują jednak, że część umiejętności, o których dziś mówi się w tym kontekście, można było zdobyć przy okazji zwyczajnego gotowania.

Bo o jedzeniu można opowiadać na lekcji, ale zupełnie inaczej zapamiętuje się je wtedy, gdy samemu trzeba pokroić warzywa, zetrzeć jabłko, przygotować surówkę czy zamknąć w słoiku własnoręcznie poszatkowaną kapustę. I być może właśnie tego najbardziej brakuje dziś w edukacji kulinarnej – nie kolejnych haseł, ale okazji, by po prostu wziąć produkty do ręki i samemu coś z nich przygotować.

Wybrane dla Ciebie
ZANIM WYJDZIESZ... NIE PRZEGAP TEGO, CO CZYTAJĄ INNI!