Poszłam na Czarne Wesele. Takich smakołyków dawno nie widziałam
Czarne Wesele to jedno z najradośniejszych świąt w dawnym kalendarzu Kaszubów Nadłebskich. Dziś to nie tylko skansenowy pokaz, ale przede wszystkim żywy hołd dla wspólnoty, która potrafiła zamienić najcięższą pracę w wielkie, sąsiedzkie święto.
W sercu Słowińskiego Parku Narodowego, tam, gdzie jezioro Łebsko spotyka się z bagnistymi łąkami, leżą Kluki. Do wybuchu II wojny światowej rytm życia wyznaczała tu natura, a maj był miesiącem szczególnym. To właśnie wtedy wieś ogłaszała początek kopania torfu – jedynego dostępnego opału, który pozwalał przetrwać surowe, nadmorskie zimy.
Torf, nazywany tu "czarnym złotem", wymagał jednak pokory i siły fizycznej. Kopanie, rzucanie ciężkich płatów, ładowanie na wozy i transport z podmokłych torfowisk było sporym wyzwaniem. I dlatego Słowińcy wypracowali system pomocy sąsiedzkiej.
Jak robi się chleb w piecu opalanym żywym ogniem
Praca, która łączyła pokolenia
Cała wieś zbierała się najpierw u jednego gospodarza, by wspólnie wydobyć jego zapas opału, a po skończonej pracy przenosiła się do kolejnego. Obok toczyło się życie zagrody: kobiety dbały o ogień, starszyzna pilnowała rzemiosła, a w powietrzu unosił się aromat, którego nie da się zapomnieć – zapach świeżego chleba i dymu z drzewnego pieca.
Kiedy praca na torfowisku dobiegała końca, do akcji wkraczały gospodynie. Czarne Wesele musiało mieć bowiem godną oprawę kulinarną. Z rozgrzanych pieców chlebowych wyciągano rumiane bochny, które smarowano masłem ubitym przed chwilą w drewnianych kierzankach. Do pieca trafiały też baby drożdżowe, wyrastające w glinianych formach.
Na stołach lądowały potrawy proste, takie jak ziemniaki w mundurkach gotowane w wielkich garach, serwowane obowiązkowo z zsiadłym mlekiem, jajecznica czy chleb z masłem. Jeśli akurat we wsi trafiło się świniobicie, to i raczyć się można było swojską kiełbasą. Do picia obowiązkowo kaszubska kawa zbożowa, czyli mieszanka palonego jęczmienia i zielonej kawy, mielona ręcznie i parzona w dużych dzbankach. W żeliwnych formach bezpośrednio nad ogniem wypiekano wafle.
Kaszubskie świętowanie
Finał wspólnej pracy był głośny i barwny. Przy dźwiękach akordeonu, w rytm tradycyjnych kaszubskich tańców, zmęczenie odchodziło w niepamięć. To właśnie wtedy można było usłyszeć burczybas, instrument o specyficznym, niskim dźwięku, oraz zobaczyć w akcji diabelskie skrzypce.
Dzisiejsze inscenizacje w Klukach pozwalają nam nie tylko patrzeć, ale i uczestniczyć. Możemy podglądać rzemieślników przy pracy: plecionkarzy zwijających wiklinę, kobiety pochylone nad misternym haftem czy szydełkiem. Możemy spróbować wyrobów od Kół Gospodyń Wiejskich – od domowych pasztetów, przez ryby z pobliskich jezior, aż po ciasta.
Tradycja z Kluk przypomina nam o wartości wspólnoty. To żywa lekcja historii, która uczy nas szacunku do ziemi, pracy ludzkich rąk i regionalnego dziedzictwa. Na dodatek zaserwowana w smaczny i autentyczny sposób.
Ewa Malinowska, dziennikarka Wirtualnej Polski