Wśród setek komentarzy głośno wybrzmiewają opinie osób, które na co dzień stoją przy przedszkolnych i szkolnych garach. Intendentki i kucharki bez ogródek wskazują na rosnący problem masowego wyrzucania posiłków przez dzieci. Ich zdaniem winy nie ponosi szkolne menu, a nawyki żywieniowe wyniesione z domu. Wielu rodziców zamiast uczyć maluchy różnorodności, idzie na łatwiznę, serwując w domu nuggetsy, frytki i żywność mocno przetworzoną.
"Zapytałam, dlaczego nie jedzą i co nie smakowało, to wzruszają ramionami i mówią, że jak wrócą do domu, to mama da na McDonald’s... a my staramy się, by było zdrowo i smacznie. Ręce opadają" – pisze pani Kasia, pracownica szkolnej kuchni.
Podobnego zdania jest pan Paweł, który w dyskusji nie patyczkuje się z dorosłymi:
"Trzeba było nauczyć dzieci smaków, a nie tylko frytki i kurczak. Teraz dzieci nie chcą jeść i to niby wina szkoły. Sorry rodzice, to Wy jesteście winni".
WIDEORyż z jabłkami w zapieczonej wersji. Pomysł na obiad w słodkim wydaniu
Problem z wytycznymi, brak soli i mdły falafel
Z drugiej strony sami pracownicy kuchni przyznają, że nowa rzeczywistość prawna nie ułatwia im zadania. Rygorystyczne normy narzucane przez Ministerstwo Zdrowia dotyczące drastycznego ograniczenia soli, cukru oraz tłuszczów sprawiają, że przygotowanie smacznego posiłku staje się prawdziwym wyzwaniem. Pani Emilia wylicza wprost, że przy drastycznych limitach soli rzędu 0,75 g na cały dzień wyczarowanie apetycznej zupy czy surówki graniczy z cudem, a same zioła nie zawsze potrafią uratować smak.
Co ciekawe, krytyka płynie też ze strony osób, które dostrzegają brak kreatywności czy po prostu umiejętności przy wprowadzaniu bezmięsnych dań. Pracownica jednej z przedszkolnych kuchni szczerze opisała bezmięsny dzień, w którym podano rozwodnioną zupę ziemniaczaną na mrożonce i makaron z sosowo-mączną papką z ciecierzycą z puszki:
"Sama bym tego swojemu dziecku nie podała. Żadnego smaku, mdłe."
Dla wielu dzieci nowości w stylu falafela czy kotlecików ze strączków okazują się po prostu niejadalne. Problemem nie jest jednak sama dieta bezmięsna, a po prostu źle ułożony jadłospis i nieodpowiednie przepisy.
"Więcej marudzą dorośli niż dzieci"
W opozycji do narzekających stoi spora grupa internautów twierdzących, że "dieta planetarna" i ograniczanie mięsa to krok w bardzo dobrą stronę, a najwięcej marudzą nie dzieci, lecz dorośli. Pani Beata, pracująca w niemieckim przedszkolu, zauważa, że tam zasady ograniczenia mięsa do jednego posiłku drobiowego w tygodniu obowiązują od dawna i dzieci jedzą ze smakiem, podczas gdy to dorośli szukają dziury w całym.
Podobne głosy płyną od Polek pracujących w Wielkiej Brytanii, gdzie stawianie na świeże warzywa bez dodatku soli i cukru jest absolutnym standardem. Nie brakuje też świetnych przykładów z naszego podwórka – pani Lidzia pochwaliła się zdjęciem z polskiego przedszkola, w którym maluchy codziennie rano same komponują kolorowe kanapki ze szwedzkiego stołu pełnego rzodkiewek, pomidorów i serów, co okazało się strzałem w dziesiątkę.
Jedno jest pewne: głosy pod naszym postem pokazują jasno, że sam papier i wytyczne nie ugotują dobrego obiadu. Do sukcesu potrzeba serca oraz umiejętności po stronie kuchni – a po stronie rodziców otwartości na to, by zielone warzywa gościły na talerzach nie tylko od święta. Zamiast krytykować szkolne jadłospisy, warto potraktować je jako inspirację do zmian we własnej, domowej kuchni.