Nowe zasady żywienia w placówkach publicznych obejmują nie tylko jedzenie na stołówkach, ale także asortyment w sklepikach szkolnych i automatach. Anna Radowicka, dietetyczka kliniczna i technolożka żywności, zwraca uwagę na to, że liczą się nie tylko rodzaj i ilość produktów, ale także ich skład. Jednak najważniejsza jest edukacja dzieci, która wykracza poza mury szkolne i spoczywa głównie na rodzicach.
WIDEOWytrawne gofry z ciecierzycy w stylu falafela. Sprawdzony przepis z sosem tahini
Czy widać zmiany w szkolnych automatach?
W automacie z poznańskiej podstawówki publicznej można znaleźć mnóstwo kolorowych przekąsek, takich jak chrupki o smaku pizzy, słone paluszki, batoniki zbożowe, musy owocowe, soki, wody i oranżady. Dietetyczka uważa, że to krok w dobrą stronę, chociaż niektóre produkty trudno jest ocenić wyłącznie na podstawie wyglądu.
– Patrząc na zawartość takiego automatu, powiedziałabym, że kierunek zmian jest dobry, ale nie możemy ocenić, czy każdy widoczny w nim produkt spełnia nowe przepisy wyłącznie na podstawie jego rodzaju czy wyglądu opakowania. Od 1 września 2026 r. obowiązuje zamknięty katalog grup produktów, które mogą być sprzedawane dzieciom i młodzieży w szkołach, a dla części z nich określono dodatkowo konkretne wymagania dotyczące zawartości cukrów, tłuszczu i soli oraz stosowania substancji słodzących – wyjaśnia Anna Radowicka, patrząc na przesłane przez nas zdjęcia automatów.
- 1
Batoniki i przekąski witaminowe w ...
Batoniki i przekąski witaminowe w poznańskiej szkole
- 2
Przekąski w automacie szkolnym
Przekąski w automacie szkolnym
- 3
Chrupki i batoniki w szkolnym autom...
Chrupki i batoniki w szkolnym automacie w Poznaniu
Dodatek cukru a naturalny cukier w owocach
Owocowe tubki mogą wyglądać jak prosty i dobry wybór na przerwę, ale także w tej kategorii warto czytać etykiety. Najważniejsza jest informacja, czy produkt nie zawiera dodanego cukru, słodzików ani soli. Jednak należy pamiętać o tym, że naturalne cukry z owoców nadal pozostają w produkcie i będą one widoczne w tabeli na odwrocie opakowania.
– Musy mogą być dobrym wyborem, pod warunkiem że spełniają wymagania swojej kategorii. W przypadku przecierów i musów owocowych, warzywnych i owocowo-warzywnych przepisy wymagają braku dodatku cukrów, substancji słodzących oraz soli. Trzeba przy tym pamiętać, że naturalnie występujące cukry pochodzące z owoców nadal będą widoczne w tabeli wartości odżywczej. "Bez dodatku cukrów" nie oznacza więc "bez cukrów" – podkreśla dietetyczka.
W poznańskiej podstawówce woda w automacie kosztuje 3 złote za małą butelkę, co wydaje mi się dość wygórowaną ceną – soczki sprzedawane są jedynie za 3,50, czyli o 50 groszy więcej. Oranżady oraz inne napoje w puszkach są droższe, bo już trzeba zapłacić za nie po 5 złotych. Większość dzieci ma własne bidony, więc zwykła woda jest tylko na sytuacje awaryjne. Pytanie, czy będzie schodzić w takiej cenie? W szkolnym automacie nie brakuje soków, ponieważ są one zgodne z aktualnymi wytycznymi odnośnie żywienia dzieci i mogą być elementem urozmaiconej diety. Jednak trzeba pamiętać, że nie powinny zastępować głównego źródła nawodnienia, jakim jest woda.
– Soki również należą do produktów dopuszczonych do sprzedaży, ale jako dietetyk podkreśliłabym, że nie powinny zastępować wody ani całych owoców. Podstawowym napojem dziecka powinna być woda, natomiast całe owoce dostarczają m.in. błonnika i wymagają gryzienia. Sok warto więc traktować jako element urozmaiconej diety, a nie podstawowy sposób realizowania spożycia owoców – mówi Anna Radowicka.
Liczy się skład, a nie tylko hasło na opakowaniu
Słone przekąski i batoniki zbożowe mogą bardzo różnić się składem między sobą, chociaż ich opakowania są do siebie podobne. Anna Radowicka wyczula na produkty reklamowane jako "zbożowe".
– W przypadku chrupek, paluszków czy innych przekąsek zbożowych sama nazwa produktu nie odpowiada nam jeszcze na pytanie, czy może znaleźć się w szkolnym automacie. Jeśli dany produkt kwalifikuje się jako produkt zbożowy objęty kryteriami rozporządzenia, trzeba sprawdzić jego tabelę wartości odżywczej i skład. Dla produktów zbożowych limity wynoszą maksymalnie 10 g cukrów, 10 g tłuszczu i 1 g soli na 100 g lub 100 ml produktu, a dodatkowo nie mogą zawierać dodanych substancji słodzących. Dlatego dwa pozornie podobne produkty mogą różnić się składem i jeden może spełniać wymagania, a drugi nie – wyjaśnia dietetyczka kliniczna.
Zakaz nie wystarczy. Potrzebna jest edukacja
Anna Radowicka sugeruje, aby ten czas, kiedy jeszcze jest głośno na temat nowych regulacji w szkołach, wykorzystać jako pretekst do rozmowy z dzieckiem na temat zdrowych nawyków i wyborów każdego dnia. Niekoniecznie trzeba dzielić produkty na "dobre" i "złe", ponieważ zakazy często mają odwrotny efekt.
– Nie oceniajmy żywności wyłącznie po opakowaniu, nazwie czy haśle marketingowym. Warto pokazać dziecku, gdzie znajduje się wykaz składników, gdzie tabela wartości odżywczej i jak porównywać podobne produkty. Nie chodzi o to, żeby dziecko liczyło każdy gram cukru czy soli. Chodzi o budowanie kompetencji i świadomości: dlaczego na co dzień częściej wybieramy wodę, owoce, warzywa, produkty pełnoziarniste czy naturalne produkty mleczne, a inne produkty pojawiają się rzadziej – radzi ekspertka.
Podaje przykład takiej rozmowy z dzieckiem:
– Unikałabym przekazu: "tego nie wolno, bo jest niezdrowe". Zakazy bez wyjaśnienia mogą nie budować trwałych kompetencji. Znacznie lepiej powiedzieć: "szkoła jest miejscem, w którym spędzasz dużą część dnia, dlatego chcemy, żeby łatwo było tu znaleźć produkty, które pomagają ci mieć energię do nauki, koncentracji, zabawy i aktywności".
Nowe regulacje nie kształtują zdrowych nawyków
Dietetyczka kliniczna zwraca uwagę na to, że same zmiany na stołówce szkolnej, w sklepiku czy automacie nie wystarczą, aby wprowadzić realną zmianę w sposobie odżywiania, jak również w całym stylu życia dzieci i młodzieży.
– Nowe przepisy są krokiem w dobrą stronę, ale sam automat z lepszym składem nie nauczy dziecka zdrowego odżywiania. Potrzebujemy jednocześnie zmiany dostępności produktów, edukacji żywieniowej oraz spójnego przekazu ze strony szkoły i rodziców. Najlepszym efektem nie będzie sytuacja, w której dziecko wybiera dany produkt tylko dlatego, że innych nie ma w automacie. Sukcesem będzie moment, w którym poza szkołą, mając już pełny wybór, potrafi świadomie zdecydować, co chce zjeść i dlaczego – podsumowuje Anna Radowicka.
Jednak wybór w szkolnych automatach, jak również dania roślinne podawane na stołówce, mogą sprawić, że dziecko spróbuje produktów, których na co dzień nie je w domu. Być może potem nawet poprosi rodziców o przygotowanie curry z cieciorką czy makaronu z soczewicą, a w sklepie, zanim sięgnie po batonik, porówna jego skład z innymi podobnymi produktami i wybierze taki, który nie zawiera dodatkowych cukrów, ma mniej soli i tłuszczu.