Wróciliśmy do gospody w Cisnej po roku. Porcje są ogromne, a ceny nie straszą
Wróciliśmy do gospody w Cisnej po roku. Porcje są ogromne, a ceny nie straszą
Cisna ma sporo znanych miejsc, ale otwarta rok temu Gospoda pod Wielkim Dachem Nieba szybko znalazła swoich wielbicieli. Za projektem stoi Robert Płoucha. Wracam tam sprawdzić, czy kuchnia smakuje równie dobrze jak tuż po otwarciu. Na stołach widać jedno: ogromne porcje, dużo leśnych grzybów i kartę łączącą Bieszczady z Włochami.
Po wejściu do środka od razu widać, że to miejsce z konkretnym pomysłem. W masywne belki wkomponowano rzeźbione owady — z drewna i metalu wychylają się ważki, pasikoniki oraz chrząszcze. Za gospodę odpowiada Robert Płoucha, znany w regionie jako twórca i wieloletni gospodarz Siekierezady. W nowym lokalu wyraźnie widać jego zamiłowanie do detali i lokalnej sztuki. Ściany zdobią witraże, w kartach menu pojawiają się autorskie rysunki, a dania podawane są na ciężkiej, błękitno-zielonej ceramice wykonanej przez okolicznych twórców. Nie ma tu przypadku.
WIDEO
Nie podasz już więcej placków z samą śmietaną. Nasz przepis dnia z sosem z kurek jest dużo lepszy
Bieszczady, Włochy i menu bez glutenu
Sama karta to dość nietypowe zestawienie. Z jednej strony są to bieszczadzkie klasyki oparte na kaszy gryczanej i kapuście, kuchnia polska reprezentowana przez pierogi i kotlet schabowy, z drugiej – włoskie makarony i pizza na pomidorach San Marzano. Ciekawostką, rzadko spotykaną w regionie, jest rozbudowana sekcja dla osób unikających glutenu. Znalazły się w niej zupy i dania z makaronami bezglutenowymi, podawane m.in. z regionalnymi serami czy pesto z czosnku niedźwiedziego.
Do gospody zajrzeliśmy krótko po otwarciu, jesienią zeszłego roku. Teraz wróciliśmy sprawdzić, czy po pełnym sezonie letnim kuchnia nadal trzyma poziom. Zamówienie zaczęliśmy od zup.
Kwaśnica z pieczonym żeberkiem (26 zł) to danie, które zaskakuje rozmiarem — talerz mieści aż 450 ml. To właściwie pełnowymiarowy, osobny posiłek. Wywar jest mocno kwaśny, gęsty od warzyw i poszatkowanej kapusty, z kawałkami ziemniaków i solidną porcją mięsa, które łatwo odchodzi od kości. To klasyka, która broni się wyrazistym, zdecydowanym smakiem. Z kolei zupa z grzybów leśnych i czosnku niedźwiedziego (28 zł) przyciąga już samym podaniem. Wywar jest bardzo ciemny i intensywnie grzybowy, a na brzegach głębokiego talerza opiera się patyczek z dwoma nabitymi na niego hreczanykami.
Grzyby i mięso w roli głównej
Na drugie danie mąż zamówił placki po bieszczadzku z gulaszem wołowym (56 zł). To jego stały wybór podczas naszych górskich wypraw i tym razem również był bardzo zadowolony. Placki były dobrze usmażone, chrupiące na zewnątrz. Sos był lekko pikantny, esencjonalny, a kawałki wołowiny dość spore, ale miękkie. Do tego zestaw surówek i porcja kwaśnej śmietany.
Moim wyborem były hreczanyki w sosie z grzybów leśnych (49 zł). Same kotlety z kaszy i mięsa okazały się smaczne, dobrze doprawione i trzymały formę, ale to sos zrobił największe wrażenie. Bieszczadzkie lasy są teraz pełne grzybów, co wyraźnie czuć na talerzu. Sos był gęsty, kremowy i bardzo aromatyczny. Na podłużnym naczyniu podano aż pięć, sześć kotletów, posypanych koperkiem, a do tego zestaw świeżych surówek. Porcje są tu naprawdę duże, skrojone pod ludzi schodzących z całodniowych tras. Po zupie nie dałam rady zjeść wszystkiego, ale nie było problemu z zapakowaniem reszty na wynos.
Koszt takiego obiadu dla dwóch osób, z napojami, zamknął się w kwocie 182 zł. Podczas naszej wizyty lokal był niemal pełny. Po roku od otwarcia gospoda nadal przyciąga gości, a my wyszliśmy z niej najedzeni i zadowoleni. Jeśli miałabym wskazać jedno danie, które zapamiętam z tej wizyty, byłyby to hreczanyki. Nie same kotlety, ale gęsty, pełen leśnego aromatu sos, który zrobił tu całą robotę.