Szatarpy to niewielka wieś w powiecie kościerskim. Dojechać tam łatwo, bo przecina ją droga wojewódzka nr 226. Wyruszam z Trójmiasta, wbijam numer domu w nawigację i jadę. Polną drogą trafiam najpierw do sąsiadów, którzy kierują mnie dalej. W progu wita mnie Patryk Radomski, właściciel pasieki Mr Honey.
- Sąsiedzi już dzwonili z informacją, że do mnie jedziesz - uśmiecha się na powitanie.
To kwintesencja życia na wsi: każdy tutaj się zna. Sami mieszkańcy Szatarp i rolnicy z okolicznych pól na wiadomość, że powstaje pasieka, zareagowali entuzjastycznie. Nie dość, że zyskują sprawdzonego dostawcę miodu, to działalność pszczół jest nieoceniona dla rolnictwa.
Zaczęło się od dwóch uli
Patryk oprowadza mnie po terenie wokół pasieki. Moim oczom ukazuje się krajobraz jak z najpiękniejszej pocztówki – to nie jest idealnie przystrzyżony trawnik, ale ogromna, nieskoszona, tętniąca życiem łąka kwietna. Jest kolorowo, tak jak powinno być w prawdziwym, naturalnym ekosystemie. Spomiędzy chabrów, maków i dzikich ziół dumnie wyrastają kolejne ule. Kawałek dalej, w cieniu drzew, dostrzegamy taflę wody. Patryk wskazuje na nią ręką i wyjaśnia, że to naturalny wodopój dla jego podopiecznych.
– Mój ojciec ma dom w Rumi i mówi: "Wiesz, co? Tak sobie myślę, czy by ula nie postawić w ogródku". Odpowiedziałem, że super, bo sam zawsze o tym myślałem. Powiedział: "Chodź weźmiemy razem, ja jeden, ty drugi". No i od słowa do słowa wzięliśmy dwadzieścia – śmieje się Patryk.
Taka skala pozwala nie tylko na pozyskanie miodu na swój użytek, ale i sprzedaż dalej. Wciąż jednak jest to zajęcie hobbystyczne – na co dzień właściciel Mr Honey pracuje w logistyce. Pszczelarstwo stało się jego pasją i sposobem na oczyszczenie głowy.
Obrazki są sielskie, ciężko nie zachwycać się naturalną łąką i bliskością natury. Ciszę przerywa tylko brzęczenie pszczół. Między trawami dostrzegamy małą sarnę. Można się zatracić i ulec nieco błędnemu wrażeniu, że pszczelarstwo to tylko przyjemności i praca słodkim miodem płynąca. Rzeczywistość potrafi jednak mocno dać w kość, o czym przekonuje mnie mój rozmówca, kiedy schylam się, by przyjrzeć się bliżej jednemu z uli.
– W większości widzimy: jest ładna pogoda, są kwiatki, ale nie ma tego znoju. Półnadstawki to jest 25-30 kg i ja muszę to poprzestawiać. To jest naprawdę cholernie ciężka praca. Pszczelarstwo, zwłaszcza w tej przestrzeni social mediów, jest mocno romantyzowane – wyjaśnia pszczelarz.
Prawdziwy sprawdzian siły i charakteru przychodzi wraz z czasem zbiorów. Kiedy większość ludzi myśli o złocistym, płynnym miodzie cieknącym ze świeżego plastra, Patryk widzi litry wylanego potu i ból mięśni.
– Miodobranie to nie jest sielanka. Musisz zamknąć wszystkie okna, żeby zapach miodu nie zwabił rabuśnic z innych uli. Na zewnątrz trzydzieści stopni, w środku jeszcze więcej, ty w pełnym stroju, wszystko się lepi. Ręce bolą od odsklepiania ramek, kręgosłup wysiada od dźwigania korpusów. Jak kończysz po kilkunastu godzinach, to marzysz tylko o zimnym prysznicu, a i tak przez kolejne trzy dni masz wrażenie, że cała skóra ci się klei.
Trudy te jednak natychmiast bledną, gdy nadchodzi moment kulminacyjny całej pracy.
– Ale jak odkręcasz zawór w miodarce i widzisz ten pierwszy, gruby strumień miodu, który spływa na sita... Ten zapach świeżego, ciepłego jeszcze miodu, który unosi się w zamkniętym pomieszczeniu... No nie da się tego opisać. Wtedy zapominasz, że bolą cię plecy i że dostałeś pięć użądleń w kostkę, bo zapomniałeś naciągnąć skarpetek – opowiada.
Lato spędza w pracy
Wakacyjne wyjazdy dla właścicieli pasieki wymagają niemałej logistyki i pewnych kompromisów. Sezon na miód jest krótki, większość zbiorów kończy się wraz z początkiem sierpnia. Wyjazd zaplanować można na maksymalnie cztery dni i to pod warunkiem, że dzień przed odbyło się miodobranie, a w dniu powrotu zrobi się natychmiastowy przegląd ula. Pszczoły nie lubią samotności, a każda rodzina ma swoje wymagania i… humory.
– Ludzie myślą, że pszczoła to pszczoła. A my mamy różne rasy. Są linie bardzo łagodne, jak krainka, przy których możesz stać w krótkim rękawku, a one mają cię totalnie gdzieś. Ale mamy też jedną rodzinę... no, te dziewczyny mają charakterek. Jak tylko podnosisz daszek, od razu czujesz to bzyczenie o ton wyższe. One po prostu mówią: "Spadaj stąd, to nasz dom". Do nich bez pełnego kombinezonu i dobrego dymu z podkurzacza nawet nie podchodzę – opowiada Patryk.
Co ciekawe, na nastroje w ulu wpływa nie tylko ich genetyka, ale i zjawiska atmosferyczne, które pszczelarz musi bezbłędnie prognozować.
– Pszczoły niesamowicie reagują na ciśnienie. Jak idzie burza, to nawet te najłagodniejsze potrafią być złośliwe. One czują elektryczność w powietrzu. Wtedy najlepiej im nie przeszkadzać, bo każda wizyta skończy się użądleniem. Trzeba po prostu czytać naturę.
Najgroźniejszą chorobą, na jaką zapadają owady, jest warroza wywoływana przez roztocze Varroa destructor. Pasożyt ten żywi się hemolimfą pszczół, osłabiając je i przenosząc śmiertelne wirusy. Nieleczone rodziny pszczele zazwyczaj giną w ciągu zaledwie jednego sezonu. Dlatego tak ważne jest, aby regularnie i bardzo skrupulatnie zaglądać do ula, zwłaszcza pod koniec lata.
– Jak tego nie dopilnujesz pod koniec lata, to na wiosnę masz puste ule. Dosłownie. Przychodzisz, a tam cisza. To jest straszne uczucie dla pszczelarza. Dlatego leczenie i kontrolowanie osypu tego roztocza to jest najważniejszy, ale też najbardziej stresujący moment w całym roku – mówi Patryk.
Leczenie pszczół wymaga olbrzymiej wiedzy, doświadczenia i zegarmistrzowskiej precyzji. Współczesny pszczelarz musi stale balansować między skutecznością a bezpieczeństwem swoich podopiecznych.
– Staramy się leczyć jak najbardziej naturalnie – kwasami organicznymi, szczawiowym czy mrówkowym, które występują w przyrodzie. Ale to wymaga aptekarskiej precyzji. Za dużo kwasu i zrobisz krzywdę pszczołom, za mało – i pasożyt wygra. To nie jest tak, że stawiasz ul i tylko podbierasz miodek. To jest stała walka o ich przeżycie.
Pszczelarz na telefon
Odpowiedzialność za pszczoły wykracza jednak daleko poza granice własnej pasieki w Szatarpach. Pszczelarz to także lokalny strażnik bezpieczeństwa, gotowy do interwencji, gdy natura postanowi spłatać figla ludziom w mieście czy sąsiednich wsiach.
– W tym tygodniu zbieraliśmy rójkę z przedszkola. Zadzwonił do nas pan z informacją, że pszczoły już tam 3 czy 4 dni siedzą, bo akurat były dni deszczowe. Takie zbite, biedne, siedziały na takim krzaczku... Przyjechaliśmy, one były tak już zmęczone, że nic się z nimi nie działo. Strząsnąłem do ula, zamknęliśmy, przewieźliśmy na pasiekę i teraz grzecznie pracują.
Pszczelarstwo to bez wątpienia pasja wymagająca wyrzeczeń. To hobby obarczone ciężką, fizyczną pracą pod presją czasu, kaprysów pogody i nieustannych obaw o zdrowie owadów. Trudno jednak nie mówić o ogromnej satysfakcji w momencie, gdy zmęczenie mija, a owoce tego trudu trafiają do ludzi.
Najlepszą nagrodą za bolące plecy i użądlenia są klienci, którzy zachwyceni smakiem wracają po kolejne słoiki, przyprowadzają swoich znajomych i polecają pasiekę dalej. A kiedy przychodzą mroźne, zimowe wieczory, magią jest możliwość otwarcia własnego słoika miodu.