Droga do pani Reginy jest wyboista, po drodze mijam pastwisko z krowami, a nawigacja błędnie wprowadza mnie na trasę, która wiedzie przez pola i las. Mijam mostek, który ugina się pod kołami samochodu.
- Proszę się nie przejmować, on jest już do remontu, ale ma podwójne zabezpieczenie i samochodem osobowym można przejechać bezpiecznie - ostrzega mnie gospodyni.
WIDEOTłumy ciągną na tę wieś. Polacy wolą zbierać sami, niż przepłacać w sklepie
W końcu jestem w Starym Bukowcu, pod numerem 41A. Trafiam do innego świata, z dala od zgiełku miasta. Słychać śpiew ptaków, czasem w oddali przejeżdża traktor. Parkuję pod domem państwa Osowskich i idę do ogrodu. Tam czeka na mnie prawdziwa uczta.
Plantacja jagody kamczackiej
Wszystko zaczęło się od trzech krzaczków, które pani Regina kupiła podczas pobytu w Niemczech. Po zamknięciu jej zakładu pracy w Polsce wyjechała tam, by zarobić. Na niemieckich polach wypatrzyła jagodę kamczacką. Postanowiła, że po powrocie do Polski spróbuje posadzić ją w swoim domu. Krzaczki przyjęły się świetnie i niemal od razu zaczęły owocować. W jej głowie zakiełkowała myśl.
- Jakbym sobie tak z 5 rządków posadziła, to miałabym dla siebie i rodziny. Później pomyślałam, że może posadziłabym nie 5, a 10, i może by się zwróciło. A jak już chciałam kupić te 1000 krzaczków, to sprzedawca mówi: jak weźmie pani 2000, to ja dam dobrą cenę. I wzięłam - uśmiecha się pani Regina.
Pracy przy tym jest niemało. Nad krzakami rozpościera się siatka, którą małżeństwo własnoręcznie rozwiesza przed startem sezonu. To ochrona przed szpakami, które wyjadały owoce z uprawy. Do tego między rzędami ustawione są strachy na wróble, które mają odstraszać żurawie. Próbowali również odtwarzać odgłosy ptaków drapieżnych. To jednak ta siatka okazała się zbawieniem.
Pani Regina odchyla jeden z krzaczków i wskazuje na znajdującą się tam stertę ziemi.
- To obornik. Jagodę kamczacką uprawiamy bez żadnych oprysków, tylko natura - mówi z dumą.
Wszystkim zajmują się sami, czasem przy większych zamówieniach przychodzą pomóc inni. Sezon na jagodę jest krótki, trwa niespełna miesiąc, więc trzeba się pospieszyć. Poza tym zanim pojawią się owoce, uprawy trzeba doglądać, nawozić i pielęgnować.
- Dzieci mówią: Mama, ty powinnaś z tatą na wakacje, na wczasy jechać. Ale my tu mamy wakacje, mamy świeże powietrze - mówi pani Regina.
Przechodzę między kolejnymi rzędami roślin, każdy krzaczek aż ugina się pod ciężarem owoców.
- Z jednego zebrać można nawet dwa kilogramy - uśmiecha się pan Benedykt.
Pan Benedykt to mistrz w zbieraniu, co z dumą podkreśla jego żona. Jego koszyk wypełnia się ekspresowo, sprawnie zrywa jagody, nie uszkadzając przy tym ani jednego owocu. Jagody zbiera się bowiem ręcznie, bo są bardzo delikatne. Maszynki rozgniatają je na sok. Dostaję szybką instrukcję: nie odrywamy, tylko lekko przekręcamy i odchodzi sama, bez zielonych części. Prosto, szybko, sprawnie i po chwili mam pełną garść owoców.
Do właścicielki uprawy dzwoni telefon, odchodzi na chwilę na bok.
- Jedna pani ma na dziś zamówione 20 kg, ale teraz chce jednak 30 - informuje pani Regina.
Klienci wracają i zamawiają coraz większe ilości, bo dali się przekonać do tego, że jagoda kamczacka w niczym nie ustępuje znacznie popularniejszym borówkom.
Postawili na samozbiory
Pierwsze dwa lata uprawy były bez samozbiorów. Krzaki były niskie, potrzebowały czasu, by zacząć obficie owocować. Dziś w weekendy pod domem na wsi trudno znaleźć miejsce, by zaparkować.
- W jedną z niedziel była burza, ale mieliśmy takich zawodników, że między burzami, w deszczu, zbierali owoce - śmieje się pani Regina.
Prawdziwym powodem, dla którego parking u państwa Osowskich pęka w szwach, nie jest jednak chwilowa moda, ale zmiana w tym, jak chcemy kupować jedzenie. Ludzie szukają takich miejsc coraz mocniej z trzech powodów. Po pierwsze, to czysta ekonomia: na plantacji jest po prostu znacznie taniej niż na miejskich rynkach czy w marketach, gdzie marże pośredników windują ceny do nieraz absurdalnych poziomów.
Po drugie, zniknął problem anonimowego produktu z marketu. Tutaj ma się stuprocentową pewność, że to owoc prosto od rolnika - widzi się czarną ziemię, czuje zapach naturalnego obornika i wie, czym roślina była karmiona. Po trzecie wreszcie, to powrót do prostoty, której tak brakuje nam w miastach.
Samozbiory w Starym Bukowcu to jednak nie są wyścigi i zawody, kto zbierze najwięcej. Wśród odwiedzających przewijają się rodziny z małymi dziećmi. Na trawie rozkłada się kocyk, na którym wylegują się najmłodsi. Pełzają po trawie, eksplorują, a mama w tym czasie zbiera owoce. Pan Benedykt dla nieco starszych dzieci ma jednak dodatkowe atrakcje: rowerki, traktorki czy przejażdżki na przyczepie.
- Nam zależy, żeby do nas przyjść, pokazać i zobaczyć jak to rośnie, pokazać małym dzieciom, żeby kupować nie tylko w sklepie - zaznaczają.
Jest łazienka, jest zimna woda, za sam wstęp na uprawę się nie płaci. Do tego właściciele zachęcają, by podjadać z krzaczka. Pan Benedykt mówi, że z dziećmi zawsze ma umowę "dwa do buzi, jeden do koszyczka". Pani Regina poprawia go, bo u niej działa z kolei "dwa do buźki, jeden dla mamuśki".
Każdy zebrany kilogram to 15 zł. Najlepiej przyjechać ze swoim pojemnikiem lub wiaderkiem, ale zapominalscy mogą liczyć na ratunek. Cena jest więcej niż atrakcyjna.
Jagoda kamczacka to swego rodzaju nisza, upraw jest niedużo, a wiele osób tych owoców nawet nie zna. A jak nie znają, to nie kupują. Samozbiory są więc świetną okazją, by zapoznać się z tymi owocami, dotknąć rolnictwa u źródła i wrócić do domu nie tylko z pełnym koszykiem, ale i ze spokojną głową.