Jedzenie ze śmietnika, rybie łby i kacze zarodki. Te dania u turystów wywołują mdłości
Azja Południowo-Wschodnia to kulinarna jazda bez trzymanki. O ile na Tajwanie czy w Wietnamie bywało "ostro" (dosłownie i w przenośni), o tyle jedzenie na Filipinach, a zwłaszcza tamtejsze uliczne przekąski, to coś, na co trudno przygotować podniebienie. Dzisiaj opowiem wam, czego tam spróbowałam. Na początek klasyk filipińskiego street foodu: balut, czyli uformowany zarodek kaczki.
Balut to zapłodnione kacze jajko z rozwiniętym zarodkiem, gotowane i jedzone prosto ze skorupki. Na Filipinach to absolutna klasyka.
W jednym z barów poznałam dziewczynę, której wspomniałam, że chcę spróbować tego specjału. Wskazała food trucka niedaleko. Nie byłam przekonana, ale uznałam, że taka okazja może się nie powtórzyć. Baluta polewa się octem i zjada w całości. Znajoma doradziła mi, żebym wyrzuciła żółtko, choć dla mnie była to jedyna "normalna" część. Posłuchałam jej.
Naleśnikowe sakiewki z kurczakiem w zapieczonej wersji. Po prostu palce lizać
A potem zobaczyłam to, czego się – niestety – spodziewałam: małego, ukształtowanego ptaka. Nie patrzyłam długo. Połknęłam. Smak? Zwyczajny, trochę jak jajko. Ale tekstura i sam widok były dla mnie barierą nie do przejścia. Chwilę później wszystko… wróciło.
Pagpag, czyli kurczak ze śmieci. "Smażymy go, by pozbyć się bakterii"
O pagpagu nie słyszałam wcześniej. Z tą nazwą zetknęłam się dopiero w slumsach Tondo w Manili. Kilka razy dopytywałam przewodniczkę, czy dobrze rozumiem, czym właściwie jest ta potrawa.
Pagpag to jedzenie ze śmietników. Najczęściej są to resztki mięsa wyrzucane przez klientów lub lokale gastronomiczne. Mieszkańcy je zbierają, po czym trafiają one do ponownego obiegu. Na miejscu wyjaśniono mi, że aby danie było "bezpieczne", mięso trzeba dokładnie umyć (najlepiej dwa razy), a potem mocno wysmażyć, często z dodatkiem sosu sojowego, i podać jako przekąskę.
Widziałam proces przygotowania i dzieci czekające na swoją porcję. To było jedno z najbardziej wstrząsających doświadczeń tej podróży. Nie zdecydowałam się na degustację, mimo ciekawości. Wiem jednak, że niektórzy turyści próbowali pagpagu i twierdzili, że smakuje jak całkiem niezły fast food.
Chicken inasal, czyli marynowane udko z kurczaka. Pychota!
Chicken inasal to grillowany kurczak marynowany m.in. w kalamansi (o tym cytrusie za chwilę!), czosnku, occie i przyprawach. Proste składniki, ale efekt robi ogromne wrażenie.
Jadłam go zarówno w hotelu, jak i w lokalnej restauracji – i to był jeden z tych momentów, kiedy prostota wygrywa wszystko. Idealnie zbalansowane smaki, soczyste mięso i lekko kwaśna nuta. Bez kombinowania, a naprawdę pyszne.
Kalamansi: cytryno-pomarańcza w wersji mini
Kalamansi to mały cytrus, coś pomiędzy limonką a pomarańczą. Na Filipinach jest absolutnie wszędzie! Dodają go do drinków, robią z niego soki i używają jako przyprawy do dań.
Można go też jeść solo, jako rodzaj mini deseru. Postanowiłam spróbować i… było naprawdę dobre. Trochę jak limonka, ale zdecydowanie delikatniejsza i słodsza.
Faszerowany łeb ryby mlecznej. Smakuje jak wigilijny karp
Rellenong bangus to faszerowana ryba mleczna. Często podaje się ją w całości, razem z głową. I tak, dla nas może to nie wyglądać szczególnie zachęcająco.
Ale w Azji to normalne – nic się nie marnuje, zjada się całe zwierzę, a widok głowy ryby czy kurczaka nikogo nie dziwi. Ba, ma to dowodzić, że produkt jest świeży i autentyczny. Spróbowałam, chociaż z lekkim oporem. I szczerze? Było dobre. Smak przypominał mi nieco naszego wigilijnego karpia, tylko w bardziej czosnkowym i intensywnym wydaniu. Mnie smakowało.
Czy spróbowałabym wszystkiego jeszcze raz?
Niekoniecznie. Ale czy żałuję? Ani trochę. Filipińska kuchnia to nie tylko smaki, ale też historia, codzienność i warunki, w jakich żyją ludzie. Od baluta, który testuje granice odwagi, przez pagpag, który uderza w zupełnie inne struny wrażliwości, aż po proste i genialne dania jak chicken inasal. To była prawdziwa kulinarna przygoda.