Szwajcaria Kaszubska to region, który wciąż czeka na pełne odkrycie. Skrywa w sobie mnóstwo zielonych enklaw i agroturystyk prowadzonych bez pośpiechu, w rytmie natury. Trafiając do Przywidza, łatwo jednak odnieść wrażenie, że granica między północą Polski a południem Francji dziwnie się zaciera. Lawendowa Osada zajmuje niecałe 4 hektary, z czego blisko dwa hektary stanowią żywe, pracujące użytki rolne.
Króluje tu oczywiście lawenda i to w kilkunastu odmianach. Dzięki tej różnorodności pole nie zaczyna gasnąć wraz z pierwszymi zbiorami. Gdy jedne krzewy powoli kończą kwitnienie, sąsiednie rządki dopiero wybuchają intensywnym fioletem. Rośliny nie trafiają tu jednak wyłącznie do bukietów. Małżeństwo przetwarza je na naturalne kosmetyki, destyluje olejki, a także śmiało wprowadza fioletowe kwiaty do swojej kuchni.
WIDEOZaczęło się od stania w korku na obwodnicy. Dziś pod Gdańskiem mają fioletowy raj
Ucieczka od miasta
Basia z wykształcenia jest doktorem inżynierem nauk chemicznych. Otwierały się drzwi do międzynarodowej kariery – wyjeżdżała na zagraniczne staże naukowe, pracowała na uczelni, ocierała się o świat korporacji. W pewnym momencie poczuła jednak, że ciągłe walizki, sztywne procedury i nieustanny pęd to nie jej bajka. Razem z mężem postanowili przenieść się na wieś.
– Przygoda z lawendą zaczęła się od… stania w gigantycznym korku na obwodnicy w drodze do ówczesnej pracy – uśmiecha się Basia, mrużąc oczy od słońca. – Rozmawialiśmy o tym, co moglibyśmy posiać wokół domu, żeby po prostu było ładnie i przyjemnie. Jedno z nas rzuciło: "A może lawendę?" Drugie natychmiast podchwyciło temat. Lawenda jest tak zachwycająca, a przy tym posiada tyle cudownych właściwości leczniczych i zapachowych, że ten pomysł przylgnął do nas na dobre.
Kilkanaście lat temu koncept wydawał się wręcz szalony. Na Pomorzu nikt nie uprawiał lawendy na taką skalę, a chłodniejsze, nadmorskie wiatry nie zwiastowały łatwych zbiorów. Co więcej, Barbara i Bartosz od początku zadecydowali, że ich gospodarstwo będzie w pełni ekologiczne, bez grama sztucznych nawozów czy chemicznych oprysków. Pierwsze sezony były więc bolesną metodą prób i błędów.
– Pierwsza próba: posialiśmy nasiona i kompletnie nic nam nie wyrosło. Za drugim razem coś już zaczęło wschodzić, ale załatwiliśmy sadzonki zimą, chowając je do garażu. Dopiero trzecie podejście, robione ze szczepek rosnących w ogrodzie moich rodziców, przyniosło przełom. Rośliny chwyciły ziemię, dały sobie radę. Dziś najstarsze krzewy w naszej osadzie mają już około 16 lat - opowiada gospodyni.
Początkowo chodziło wyłącznie o zapach i estetykę, ale bardzo szybko pasja zaczęła domagać się przestrzeni biznesowej. Podjęli decyzję: poszerzają uprawy i tworzą gospodarstwo agroturystyczne z prawdziwego zdarzenia.
Na terenie Osady stanęły trzy chaty z szachulcową konstrukcją, dwuspadowymi dachami krytymi gontem i rozległymi tarasami. Całość wygląda jak Prowansja, ale zakorzeniona mocno w kaszubskim krajobrazie. Z okien pokoi rozpościera się widok na fioletowe łany, a kawałek dalej na gości czeka basen, grota solna oraz gorąca balia.
Stawiają na lokalność
Odwiedzający mogą tu liczyć na pełen wachlarz zabiegów relaksacyjnych i aromaterapeutycznych, ale prawdziwe zaskoczenie czeka na talerzach. Lawenda opanowała tu bowiem także przestrzeń kulinarną.
Basia przygotowuje tradycyjne owocowe dżemy, słodkie syropy czy konfitury, ale na tym nie poprzestaje. Chętnie eksperymentuje z sałatkami, autorskimi marynatami do mięs, dorzuca fioletowe pączki do domowego ketchupu, kręci ziołowe pesto, a także wzbogaca nim pikantny chutney z zielonych pomidorów.
– Potencjał kulinarny lawendy odkrywamy nieustannie. Trzeba być jednak bardzo ostrożnym, bo z jej aromatem łatwo przesadzić i zamienić danie w mydło. Warto też pamiętać o liściach. Są powszechne w kuchni, choć mało kto łączy je bezpośrednio z tą rośliną. To przecież podstawowy składnik klasycznych ziół prowansalskich - tłumaczy właścicielka Lawendowej Osady.
Spacerując po posiadłości, Bartek prowadzi mnie do jednego z budynków, gdzie z dumną miną prezentuje lśniący sprzęt do autorskiego warzenia piwa. W planach jest oczywiście edycja rzemieślnicza z dodatkiem ich własnej lawendy. Pomysły pączkują tu zresztą każdego dnia. Gdy rozmawiamy, wąską szutrową uliczką z hałasem przeciska się ciężarówka wywożąca gruz.
– Lawenda przynosiłaby zapewne znacznie większy, bezpośredni zysk, gdybyśmy wszystkiego od razu nie reinwestowali w rozwój tego miejsca – śmieje się Bartek.
W głowach mają już kolejne projekty: ciepłe gofry i rzemieślnicze lody lawendowe serwowane w upalne dni, kameralne koncerty pod gołym niebem czy warsztaty gry na bębnach w otoczeniu pachnących krzewów.
Wiejski sklepik z lawendą
Wchodzę do małego, przytulnego sklepiku. Pod sufitowymi belkami wiszą setki równo powiązanych, suszących się bukietów, a w tle cicho mruczy osuszacz powietrza, dbając o idealne warunki dla zebranych ziół. Półki dosłownie uginają się pod ciężarem słoiczków, butelek i flakoników.
Pytam Basię, na ile w procesie kreacji tych wszystkich przetworów i kosmetyków pomaga jej ścisłe naukowo-chemiczne wykształcenie. Wszak doktorat z chemii brzmi jak idealna baza do precyzyjnej receptury kucharza czy mydlarskiego technologa.
- Większość rzeczy w kuchni robię całkowicie na oko! Słucham intuicji, eksperymentuję, bawię się smakowo i po prostu czerpię z tego ogromną radość - uśmiecha się.
W życie Lawendowej Osady naturalnie zaangażowane jest całe domostwo. Za ladą sklepiku bardzo często można spotkać dzieci Basi i Bartka. Opowiadają gościom o syropach, pakują woreczki z suszem i sprzedają lawendowe skarby.
Lawendowa Osada to enklawa natury i idealne miejsce na ucieczkę od zgiełku miasta. Tutaj czas po prostu płynie wolniej i pachnie zdecydowanie lepiej.