Drogi do Pijalni Wód Leczniczych nie trzeba długo szukać – wskaże ją niemal każdy mieszkaniec Szczawnicy, a i turyści chętnie tu zaglądają. Lokalizacja jest wyjątkowa, bo pijalnia mieści się w zabytkowym "Domu nad Zdrojami", wybudowanym w 1863 r. z inicjatywy Józefa Dietla.
Historia obiektu była jednak burzliwa. W 2002 r. kunsztowny budynek został niemal całkowicie zniszczony przez tragiczny pożar, a sama Pijalnia musiała zostać tymczasowo przeniesiona. Po 6 latach starannej odbudowy gmach powrócił w pełnej krasie na swoje historyczne miejsce, gdzie działa do dziś. Wchodząc do środka, trudno nie zwrócić uwagi na przestronne, eleganckie wnętrze. Szachownicowa posadzka, klasyczne łuki, drewniane galeryjki oraz zawieszony pod sufitem efektowny żyrandol budują atmosferę dawnego, XIX-wiecznego kurortu.
WIDEOHodowla pstrągów w Ojcowskim Parku Narodowym. Tradycja ma dziesiątki lat
Skąd wzięły się szczawnickie szczawy?
Lecznicze wody mineralne, nazywane lokalnie szczawami, występują w Szczawnicy całkowicie naturalnie. Zanim stały się częścią kurortu, górale wykorzystywali je w codziennym życiu: wypiekali na nich chleb i ciasta, a silnie gazowane źródła potrafiły zastąpić nawet drożdże. W góralskich chatach woda służyła nie tylko do gotowania, ale stanowiła też domowe remedium na różne dolegliwości.
Z biegiem lat unikalnymi właściwościami źródeł zajął się Państwowy Zakład Higieny. Zbadano skład mineralny wód i określono, przy jakich schorzeniach wspierają leczenie. Uzdrowisko dysponuje łącznie 9 ujęciami. W samej Pijalni dostępnych jest obecnie 6 źródeł: Helena, Jan, Józef, Józefina, Stefan oraz Magdalena. Pozostałe trzy, Wanda, Szymon i Pitoniakówka, znajdują się w ogólnodostępnych ujęciach na terenie Szczawnicy.
Jak działa Pijalnia Wód?
Krenoterapia czyli kuracja pitna, nie wymaga recepty ani lekarskiego skierowania. Każdy spacerowicz może po prostu wejść z ulicy, kupić porcję wody i przetestować jej działanie na miejscu, chociaż w trakcie turnusów sanatoryjnych to lekarz uzdrowiskowy dopasowuje konkretne źródło i dawkowanie.
Wodę kupuje się na porcje w papierowych kubeczkach, a obsługa nalewa ją prosto ze specjalnych kranów umieszczonych przy ladzie. Jeśli zapytamy o szczegółowe właściwości danych źródeł, zostaniemy skierowani na ścianę – wisi tam czytelna tablica informacyjna ze szczegółowym składem fizykochemicznym i zaleceniami.
Wybieram trzy rodzaje: Jana, Helenę i Magdalenę. Jan okazuje się delikatnie słonawy, z naturalnymi, drobnymi bąbelkami gazu, które przyjemnie musują na języku. To woda wspierająca układ moczowy i zalecana w profilaktyce kamicy nerkowej. Helena jest znacznie łagodniejsza i niemal neutralna w smaku i ma z kolei wspierać poziom żelaza i obniżać cholesterol.
Woda dla prawdziwych koneserów
Źródło Magdalena to rekordzista w zestawieniu. Zawiera aż 27 600 mg/l rozpuszczonych składników mineralnych. Wspiera układ pokarmowy, nieżyt żołądka czy niestrawność, ale jej smak jest bardzo specyficzny.
Wysoka zawartość sodu, wodorowęglanów i chlorków sprawia, że woda jest słona i mocno wyrazista. Nie bez powodu w Pijalni często serwuje się ją w proporcji 1:1 wymieszaną z delikatniejszą wodą Jan. Smak jest intensywny, ma w sobie specyficzną, morską nutę i ze względu na minerały zupełnie nie przypomina zwykłej wody z solą kuchenną. Zapewne jest to wyjątkowo zdrowa szczawa, jednak wypicie całej porcji stanowi dla mnie niemałe wyzwanie. Co tu dużo mówić - ta woda jest dla mnie po prostu niesmaczna.
Czy warto tu wpaść?
Za porcję wybranej wody w Pijalni płaci się 3,60 zł. Do tego dochodzi jednorazowa opłata 40 groszy za papierowy kubeczek. Co ważne, nie trzeba kupować nowego kubka do każdego źródła, z jednym naczyniem można podchodzić do lady i próbować kolejnych propozycji.
Na miejscu oprócz degustacji można zaopatrzyć się w wody lecznicze w estetycznych kartonach z kranikiem lub butelkach, by kontynuować kurację w domu. W krenoterapii liczy się bowiem systematyczność.
Chociaż 4 złote za mały kubek wody to nie jest mało, wciąż trudno mówić o majątku. Do Pijalni na Placu Dietla zdecydowanie warto wpaść dla samego klimatu, urokliwej architektury oraz unikalnej frajdy z degustacji. Zwykle kojarzą nam się one z winem czy piwem, a tutaj mamy do czynienia z czymś nieporównywalnie zdrowszym i przy tym zakorzenionym w lokalnej tradycji.