Wśród inicjatyw obywatelskich coraz częściej przewijają się pomysły, by na dachach budynków i w miejskich ogrodach stawiać ule. Z jednej strony to nakręcana sentymentem próba przemycenia tego, co dawniej kojarzyło się z wiejskim klimatem, a z drugiej czysty pragmatyzm, bo o dobroczynnych właściwościach miodu mówi się od wieków.
Kiedy jednak wyobrazimy sobie ule, przed oczami rysuje się obraz sielskiej łąki. Takich miejsc można szukać ze świecą na mapie dużych miast. Bliskość ruchliwych ulic, smog i związany z tym ruch samochodowy sprawiają, że miód pozyskiwany z miejskich pasiek przez wiele osób uważany jest za produkt kiepskiej jakości, zanieczyszczony i po prostu niezdrowy. Jak jest w rzeczywistości? Badania laboratoryjne miodów miejskich regularnie zaskakują – okazuje się, że są one zadziwiająco czyste, ponieważ pszczoły działają jak naturalny filtr, a metale ciężkie nie przenikają do nektaru w takich ilościach, jakich byśmy się spodziewali.
WIDEOPszczelarstwo to praca tylko latem? Specjalista obala popularny mit
Miód z pasieki miejskiej
Patryk Radomski wyjaśnia, że wbrew pozorom pasieki miejskie potrafią być naprawdę dobre. Jest jednak jeden duży problem logistyczny: w miastach brakuje przestrzeni na dużą liczbę uli.
– Przestrzeń jest ograniczona, więc trzeba uważać. Może okazać się, że między pasiekami nie zachowano odpowiednich odległości, a jak jest sporo pszczelarzy, to pszczoły konkurują o ten pożytek.
Oczywiście z pasieki miejskiej nie pozyskamy typowo rolniczego miodu rzepakowego czy wrzosowego, a miód lipowy tak naprawdę będzie wielokwiatem z wyraźnym dodatkiem lipy. Paradoksalnie jednak to właśnie w mieście pszczoły mają niezwykle urozmaiconą dietę. W przydomowych ogródkach, na balkonach, w parkach i na skwerach ludzie dbają o to, by od wczesnej wiosny do późnej jesieni zawsze coś kwitło. Pszczoły miejskie mają dostęp do setek gatunków roślin ozdobnych, ziół i egzotycznych krzewów.
Pasieki a zanieczyszczenia
Pasieki wiejskie kojarzą się nam z czystością i jakością, ale dziś pozyskiwanie miodu poza miastem nie zawsze jest tak proste i ekologiczne, jak mogłoby się wydawać.
– Na pewno dużym problemem obszarów wiejskich jest monokulturowość – wyjaśnia Patryk Radomski.
Dzisiejsza wieś drastycznie różni się od tej sprzed kilkudziesięciu lat. Ogromne, ciągnące się po horyzont plantacje rzepaku czy kukurydzy oznaczają dla pszczół jedno: pożytek przez zaledwie dwa lub trzy tygodnie, a potem nagłą pustynię. Na współczesnej wsi brakuje miedzy.
– Dawniej między polami wszędzie były miedze, a na miedzy były kwiaty, drzewa, rośliny miododajne, tak zwane chwaściki. Dzisiaj wielkopowierzchniowe rolnictwo likwiduje takie miejsca. Gdy przekwitnie główna uprawa, pszczoły na wsi potrafią dosłownie głodować, podczas gdy ich miejskie koleżanki cały czas opływają w dostatki z miejskich rabatek – mówi specjalista.
Chemia na wsi i w mieście - kto pryska?
Chociaż to wieś kojarzy się z masowymi opryskami chemicznymi, to problem bezmyślnego stosowania chemii coraz mocniej dotyczy również obszarów miejskich. Działkowcy i właściciele przydomowych trawników potrafią być całkowicie nieświadomi tego, jak ich środki ochrony roślin i preparaty na komary wpływają na otoczenie. Wszak nie są przyzwyczajeni do tego, że działalność pszczół nie ogranicza się jedynie do wiejskich kodów pocztowych.
Na wsi sytuacja powoli się poprawia, ponieważ rolnicy przechodzą rygorystyczne szkolenia, a stosowanie chemii w złych godzinach (np. podczas lotu pszczół) wiąże się z karami finansowymi i utratą dotacji.
– Oczywiście świadomy i ignorujący zasady rolnik tak samo będzie miał negatywny wpływ na owady, ale jest wielu rolników, którzy doskonale wiedzą, że te pszczoły im się po prostu przydają. My tu na miejscu słyszymy od lokalnych gospodarzy, że jak w okolicy pojawiły się nasze pszczoły, to plony są super – zaznacza pszczelarz z pasieki Mr Honey.
Współpraca na linii pszczelarz-rolnik staje się standardem, podczas gdy w miastach edukacja hobbystycznych ogrodników wciąż nieco kuleje.