Pierwszy zakwas traktowała jak zwierzątko. Wierzy, że każdy może upiec chleb
Z zawodu jest tłumaczką języka migowego, ale to w mące i zakwasie znalazła swoje miejsce. Julia Stępień udowadnia, że piec może każdy, wystarczy tylko odrobina chęci.
Po zachłyśnięciu się tanim i łatwo dostępnym chlebem z supermarketów nadszedł czas na powrót do korzeni. Nie tylko poszukujemy rzemieślniczych piekarni, ale i coraz częściej decydujemy się na samodzielne pieczenie. Domowy zakwas dojrzewający w lodówce nie jest już obrazkiem z kuchni naszych babć, bo za pieczenie zabiera się nawet pokolenie "zetek".
Młodzi ludzie, zmęczeni przetworzoną żywnością, odkrywają, że własnoręczne wyrabianie ciasta to nie tylko sposób na zdrowe jedzenie, ale i rodzaj niezależności i swoistej medytacji. Poszukują jednak przewodnika, który poprowadzi ich przez meandry sztuki piekarniczej. Tak trafiają na Julię Stępień, prowadzącą profil "Wnuczka Piekarza".
Jak robi się chleb w piecu opalanym żywym ogniem
Odświeżenie rodzinnej tradycji
Julia gluten ma we krwi. Dzieciństwo spędzała w kuchni, grzejąc plecy od piekarnika, jej mama piekła chleb, gdy tylko pojawiały się dziecięce skargi na "bolący brzuszek". Pierwszy zakwas Julii miał nawet swoje imię — nazywała go Steve lub Andrew.
- To było dla mnie jeszcze lepsze niż opieka nad zwierzątkiem. Lubię dzielić się jedzeniem, zawsze uważałam, że najpiękniejszym prezentem jest ten, który przygotowaliśmy własnoręcznie - opowiada mi Wnuczka Piekarza.
Pradziadek Julii miał dwie piekarnie, którym poświęcił całe swoje życie. Dokarmiał zakwas, wyrabiał ciasto, formował bochenki. To wszystko w godzinach, gdy reszta rodziny była pogrążona we śnie — praca piekarza zdecydowanie wymaga specyficznego stylu życia.
— Mama opowiadała że najlepszy "słodycz" z dzieciństwa to świeża buła, z gęstą śmietaną i cukrem — mówi Julia.
Niestety, rodzinny biznes zakończyła tragiczna śmierć dziadka Julii, który miał po swoim ojcu przejąć rodzinny biznes. Piekarnie trzeba było zamknąć. Po latach przyszedł jednak czas, by wrócić do pieczenia. Chociaż czasy się zmieniły, tęsknota za smakiem prawdziwego pieczywa, którym pachnie cały dom, pozostała niezmienna.
Julia nie kopiuje jednak metod sprzed stu lat jeden do jednego. Stara się łączyć tradycję z nowoczesnością. Na jej profilu można znaleźć zarówno tradycyjne bułki, chleb z samych ziaren czy ciabatty, jak i fajfusowe bagietki czy nawet naleśnikowe tagliatelle na zakwasie.
— Dzisiaj pieczenie już nie wygląda tak jak kiedyś, więc ja po prostu eksperymentuję. Chyba mnóstwo rzeczy robię na przekór sztuce, ale to dla mnie rozrywka i radość więc absolutnie się tym nie martwię. Obserwuję też wiele cudownych ludzi z Polski i innych krajów, którzy są dla mnie niezmiennie ogromną inspiracją i dużo czytam. Przez lata miałam przyjemność pracować w piekarniach z osobami, które wiele mnie nauczyły, za co jestem mega wdzięczna — opowiada.
W poszukiwaniu instrukcji
Sprawdzony przepis to podstawa, ale nie w każdym babcinym przepiśniku można na niego trafić. Młode pokolenie wraca do pieczenia, potrzebuje jednak instrukcji. Porad dla zaawansowanych jest sporo, ale najpierw trzeba zacząć od podstaw. Julia stawia na konkret i prostotę, odczarowując mit, że pieczenie na zakwasie to wiedza tajemna dostępna tylko dla wybranych. Postanowiła więc nie tylko pokazywać w sieci przepisy, ale i otworzyć sklep Wnuczka Piekarza, w którym kupić można zakwas, mąkę, wszystkie dodatki i odpowiednie instrukcje.
Na swoim profilu pokazuje, że przygotowanie domowego chleba nie musi wcale zająć trzech dni. Wnuczka Piekarza zaznacza także, że wypieki nie muszą być ładne, wystarczy, że będą smaczne. To podejście przyciąga tysiące osób, które wcześniej bały się porażki w kuchni.
Nie od razu chleb upieczono
Tak jak nie od razu Rzym zbudowano, tak i pieczenie domowego chleba może wiązać się z mniejszymi lub większymi wpadkami. Każda z nich to jednak lekcja na przyszłość, która pozwala nam się rozwijać. W świecie idealnych zdjęć z Instagrama szczerość Julii w temacie kuchennych katastrof staje się wiatrem w żagle osób, które obawiają się zakalców, spalonych chlebów i zepsutego zakwasu.
- Wpadki są naprawdę najnaturalniejszym procesem uczenia się i odkrywania. Taka klasyka to niedodanie soli do ciasta, natomiast z bardziej tragicznych zakończeń, to zostawiłam kiedyś chleb w piekarniku na 5 godzin, bo usnęłam na kanapie. Wyjęłam węgiel! Teraz już sobie nie wmawiam, że to tylko półgodzinna drzemka. Jak mam coś w piecu, to nie ma spania - śmieje się Julia.
Dziś Julia prowadzi także warsztaty, gdzie przekazuje swoją wiedzę i umiejętności. Bezpośredni kontakt z ludźmi pozwala jej zobaczyć, jak bariera strachu przed pieczeniem znika przy pierwszym udanym bochenku.
- Mam takie zdjęcie, na którym widać moją reakcję po pierwszych warsztatach, które przeprowadziliśmy - pobiegłam do mojego męża ze łzami w oczach, krzycząc, że wszystkim chleby się udały i nie ma żadnego zakalca. To było cudowne i wzruszające - opowiada.
Zaznacza, że chce być dostępna i otwarta na to, czego potrzebują jej obserwujący. W lutym nagrywa kurs wideo, gdzie chce pokazać, jak przygotować trzy chleby na zakwasie. Chce także wykorzystać swój zawód tłumacza polskiego języka migowego (PJM), by i w takiej formie szkolenie było dostępne. To przejaw inkluzywności, który w świecie kulinarnym wciąż jest rzadkością. Dzięki temu osoby niesłyszące zyskują pełny dostęp do wiedzy, mogąc rozwijać swój warsztat bez barier komunikacyjnych.