Odwiedziłem nowy bar mleczny. Smak tego schabowego zapamiętam na długo
Czy w sercu miasta można jeszcze znaleźć smak prawdziwego, domowego obiadu? W ramach redakcyjnego cyklu recenzji lokali odwiedziłem nowo otwarty Mirowski Bar Mleczny, by sprawdzić, czy legenda polskiej kuchni wciąż ma się dobrze. Od aromatycznej zupy po kultowego schabowego – ten bar mleczny kryje w menu niespodziankę, której się nie spodziewałem.
Bar mleczny przez lata kojarzył mi się z prostotą, kolejkami do okienka i zapachem rosołu unoszącym się już od progu. Kiedy więc usłyszałem, że w centrum miasta otwiera się nowy bar mleczny – Mirowski Bar Mleczny – wiedziałem, że muszę tam zajrzeć. Nie spodziewałem się jednak, że jedno danie sprawi, iż na długo zmienię swoje spojrzenie na klasyczną kuchnię domową serwowaną na mieście.
Już od wejścia czuć było klimat miejsca, które stawia na tradycję, ale nie popada w PRL-owską siermiężność. Jasne wnętrze, schludne stoliki i uśmiechnięta obsługa budowały dobre pierwsze wrażenie. A potem przyszła pora na najważniejsze — jedzenie.
Bar mleczny, który smakuje jak dom – pierwsze wrażenia z Mirowskiego Baru Mlecznego
Na początek zamówiłem rosół. Już po pierwszej łyżce wiedziałem, że kuchnia idzie w stronę prawdziwej domowej klasyki. Bulion był aromatyczny, klarowny i intensywny w smaku — dokładnie taki, jaki pamiętam z niedzielnych obiadów u mamy. Jedynym drobnym minusem była temperatura — rosół mógłby być odrobinę gorętszy. To jednak szczegół, który łatwo wybaczyć przy tak dopracowanym smaku.
Na drugie danie wybrałem zestaw, który w barze mlecznym jest niemal obowiązkowy: schabowy z pieczonymi ziemniakami i bukietem surówek. I tutaj zaczęła się prawdziwa kulinarna uczta.
Schabowy przerósł moje oczekiwania w każdym aspekcie. Zacznijmy od tego, że był ogromny. Mięso było soczyste, miękkie i idealnie doprawione. Panierka – złocista, chrupiąca i wyraźnie przyprawiona, nie tylko solą i pieprzem. To właśnie ona nadawała kotletowi charakteru i sprawiała, że każdy kęs był przyjemnością.
Ziemniaki pieczone na maśle z cebulką smakowały jak z domowej blachy wyciągniętej prosto z piekarnika. Delikatnie chrupiące z zewnątrz i miękkie w środku, nasiąknięte aromatem masła — prawdziwa klasyka w najlepszym wydaniu. Puree również było rewelacyjne w smaku.
Bukiet surówek okazał się porcją dla co najmniej dwóch osób. Świeże, różnorodne i dobrze zbalansowane smakowo — idealnie przełamywały cięższy charakter schabowego.
Do zestawu dobrałem domowy kompot. Był poprawny i orzeźwiający, choć bez efektu "wow". Spełniał swoją rolę, ale to zdecydowanie nie on grał tu pierwsze skrzypce.
Bar mleczny w nowoczesnym wydaniu – deser i obsługa robią różnicę
Na deser pozostał już tylko sernik — i choć wybór był ograniczony, okazał się bardzo trafiony. Ciężki, konkretny, wyraźnie twarogowy — dokładnie taki, jaki piekły nasze babcie. Czuć było solidną porcję sera i brak sztucznych dodatków.
Osobiście brakowało mi jedynie jakiejś polewy, owoców lub kruchego spodu, który dodałby mu lekkości i kontrastu. Mimo to był to bardzo porządny deser, który świetnie domknął cały posiłek.
Ogromnym plusem Mirowskiego Baru Mlecznego jest obsługa — uśmiechnięta, cierpliwa i chętnie doradzająca przy wyborze dań. W barach mlecznych nie zawsze jest to standard, dlatego tym bardziej warto to docenić.
Bar mleczny z domowym jedzeniem. Ceny też zaskakują
Nie bez znaczenia okazały się również ceny, które jak na jakość i wielkość porcji są bardzo uczciwe. Za rosół z makaronem zapłaciłem 4,85 zł za porcję, a solidny kotlet schabowy kosztował 12,20 zł. Pieczone ziemniaki to wydatek 4,50 zł, a ogromny bukiet surówek – 9,55 zł (i spokojnie starczy dla dwóch osób). Domowy kompot kosztował 2 zł, natomiast kawałek sernika 6,45 zł.
Za pełny obiad dla dwóch osób – z zupą, drugim daniem, deserem i napojami – rachunek wyniósł dokładnie 79,20 zł. Patrząc na jakość jedzenia, świeżość składników i naprawdę sycące porcje, trudno dziś znaleźć w Warszawie miejsce, które oferuje tak korzystny stosunek ceny do smaku.