Nabici w butelkę. Oto jak pracownicy gastronomii byli wykorzystywani
Niektórzy miesiącami nie mogą doczekać się zaległej wypłaty. Inni godzą się na najniższą stawkę. Ale są szefowie, którzy nawet wtedy – z uśmiechem na twarzy – tej umowy nie dotrzymują i płacą mniej. A uczciwa umowa o pracę? Dla niektórych pracowników gastronomii to wciąż fikcja.
Zdarza się, że to sami pracownicy nie chcą pracować "na papier". Wolą dostawać wypłatę do ręki – bez żadnych umów, kwitów. To m.in. ci, którzy chcą ukryć jakiekolwiek dochody przed różnymi urzędami, jak chociażby alimenciarze.
– Mieliśmy kiedyś w restauracji kucharza, który miał spore zaległości w alimentach – przyznaje Artur, kelner w jednym z sopockich barów. – Od razu powiedział to szefowi i to był niestety jego błąd. Dostał najniższą stawkę, żalił się, że nie dostaje żadnych premii za nadgodziny. Właściciel wykorzystał tę sytuację; wiedział, że pracownik nigdzie się na niego nie poskarży. Nie było to fajne, a ten kucharz był naprawdę dobry w swoim fachu. Po kilku miesiącach pracy dał sobie spokój. Z tego, co wiem, to szef nie wypłacił mu nawet ostatniej tygodniówki. Z premedytacja wykorzystał jego sytuację.
Placek Rzeszowiak. Trzy ciekawe warstwy smakowe upieczone na jednym kruchym spodzie
Okres próbny i same problemy
Więcej szczęście miał Adrian. Wypłatę dostawał regularnie - co tydzień, gotówkę do ręki. Na umowę zlecenie czekał jednak miesiącami. A za okres próbny nie dostał ani grosza. Nie żałuje, że ten pub w jednym z większych miast Śląska już nie istnieje. Chyba splajtował. Nie dziwi go to.
– Chciałem dorobić na studiach – mówi Adrian. – Kiedyś spytałem tam o pracę. Okazało się, że potrzebowali barmana. Dla mnie to było o tyle korzystne, że do pracy miałem raptem kilka minut od domu.
Miał być okres próbny. Płatny. Potem umowa o pracę. Tak zapewniał szef. Adrian przepracował najpierw kilka dni jako "uczeń". Podpatrywał, uczył się obsługi nalewaka, kasy, sprzątał, zmywał. Z baru wychodził jako jeden z ostatnich. Pieniędzy za tę "naukę" nigdy nie zobaczył na oczy.
– Szef tylko się zaśmiał, jak się upomniałem o kasę – mówi. – Stwierdził, że każdy płaci frycowe. A że wcześniej obiecał zapłacić za te dni... to już obrócił w żart.
Przez kolejne miesiące Adrian wciąż pracował bez jakichkolwiek kwitów. Na początku dostawał siedem złotych za godzinę pracy. Na rękę.
– Utarło się, że godzina pracy w barze wynosi tyle, ile klient płaci za duże piwo – wyjaśnia Adrian, student ekonomii. – Wiedziałem, że jestem wykorzystywany na każdym kroku. Po jakimś czasie dostałem w końcu umowę zlecenie, ale na jakąś śmiesznie niską liczbę godzin. Żadnych nadgodzin, dodatków, nie mówiąc o jakichkolwiek świadczeniach. Pieniądze dostawałem do ręki.
Adrian przez wiele miesięcy próbował wymóc podwyżkę. Właściciel kwitował to jedynie parsknięciem.
– Wiedział, że na moje miejsce przyjdzie inny frajer – przyznaje mój rozmówca.
Po trzech latach pracy złożył wypowiedzenie. Poszło o wypłatę za obsługę dużej imprezy plenerowej.
– Zrobiliśmy wtedy naprawdę duży obrót – mówi. – Cieszyłem się, że za weekend wezmę wreszcie porządną wypłatę. I co usłyszałem? Że nie może zapłacić nam więcej niż menadżerowi. Przegiął.
Następnego dnia Adrian złożył wypowiedzenie. Na świadectwo pracy czekał miesiącami. W końcu dostał je – na maila. Skan. Z dopiskiem, że jeśli chce oryginał, to ma się osobiście pofatygować do szefa. Tak na złość to zrobili.
– Dzisiaj pracuję w restauracji jako kucharz – kończy Adrian. – Mam umowę o pracę, wszystkie świadczenia. Nie ma problemu z wzięciem wolnego, urlopem. Z tego, co wiem, to wielu moich znajomych w tej branży o takich warunkach może tylko pomarzyć. Niestety, w gastronomii nierzetelnych pracodawców wciąż można jeszcze spotkać – ostrzega.
Naiwna pomoc kuchenna
Na takiego trafiła w ubiegłym roku Ela i Marta. Do dzisiaj nie mogą się doprosić reszty wypłaty. Nie chcą iść do sądu, bo – jak same przyznają – zgodziły się pracować na umowę zlecenie, która nie miała nic wspólnego z rzeczywistością.
– Podpisywałyśmy kwit, że pracujemy dziennie dwie, trzy godziny jako pomoc kuchenna – mówi Marta. – Tymczasem byłyśmy pełnoetatowymi pracownicami. Ja jako kucharka, a Ela jako kelnerka. Były dni, kiedy z tych "oficjalnych" kilku godzin robiło się kilkanaście. Byłyśmy naiwne. Na papierze wszystko się zgadzało.
Właściciel dużego lokalu w Lublinie, gdzie pracowały Ela z Martą najpierw płacił pod koniec miesiąca – rzetelnie, bez poślizgu. Po trzech miesiącach zaczęły się schody. Najpierw dostały część wypłaty, potem w ogóle. Doszło do tego, że Ela nie miała za co kupić biletu miesięcznego.
– O pieniądze musiałam się niemal wykłócać – mówi. – W końcu nie wytrzymałam. Zwolniłyśmy się obie. Do dzisiaj nasz były pracodawca jest nam winny dwie miesięczne pensje. Nie mamy jednak jak tych pieniędzy od niego odzyskać. W kwitach wszystko się zgadza. Najgorsze jest to, że lokal przynosi duże zyski; jego właściciel - jak się potem dowiedziały z rożnych źródeł, już kiedyś oszukał w ten sposób kilka dziewczyn w innym lokalu.
W firmie cateringowej nie było lepiej
Dawid, kucharz z zawodu, przez rok pracował w firmie cateringowej w Katowicach. Zaczynał bez żadnej umowy. Potem wyprosił umowę-zlecenie. Na koniec szef podpisał z nim umowę o pracę. Z najniższą stawką. O żadnym urlopie nie było mowy. Jak właściciel raz w roku wyjeżdżał gdzieś na wczasy, to zamykał po prostu firmę na tydzień czy dwa.
– Już po miesiącu powinienem dać sobie spokój z tym oszustem – mówi Dawid. – Zaczynałem pracę często o 5 rano, kończyłem późnym wieczorem. Na koniec dostałem o pięć złotych mniej za godzinę. I tak co miesiąc. Nigdy nie wiedziałem, ile mi zapłaci.
Po kolejnej wypłacie poskarżył się. Właściciel zrzucił winę na księgową. Nie sądził, że Dawid pojedzie do niej do biura.
– Zarobiłem ponad tysiąc złotych mniej niż wynikało z moich obliczeń – mówi. – Księgowa stwierdziła, że się nie pomyliła. Tyle kazał jej wypłacić szef.
Było ich pięciu na kuchni. Dwóch zwolniło się po kilku miesiącach. Potem kolejni. Wszyscy z jednego powodu: szef ich oszukiwał przy wypłacie.
– Najgorsze jest to, że robił to z uśmiechem na twarzy – kończy Dawid. – Był dla wszystkich bardzo miły, poklepywał po plecach, chwalił, zawsze uśmiechnięty. Z tego, co wiem, to firma dalej istnieje. Ja już dawno zmieniłem pracodawcę. Pracuję na normalną umowę, mam wszystkie świadczenia. Nikt mnie już nie oszukuje.
Krzysztof Załuski dla Wirtualnej Polski