To mięso w PRL udawało królika. Dziś jest zakazane nie tylko na Wielkanoc
W czasach słusznie minionej epoki, gdy sklepowe półki świeciły pustkami, polska pomysłowość kulinarna nie znała granic. Podczas gdy tradycyjna szynka czy schab były towarami luksusowymi, na stołach, szczególnie w okresie wielkanocnym, zaczęło pojawiać się mięso, które smakiem i strukturą do złudzenia przypominało królika lub delikatną cielęcinę.
Nutria to gryzoń sprowadzony z Ameryki Południowej, który w PRL-u zrobił zawrotną karierę nie tylko jako dostawca futra, ale przede wszystkim jako cenne źródło białka. Dziś, ze względu na rygorystyczne przepisy unijne i zmiany w postrzeganiu gatunków inwazyjnych, serwowanie nutrii jest w Polsce praktycznie niemożliwe, a sam zwierzak trafił na listę gatunków zakazanych.
Śląski święcelnik. Podaj go z sosem chrzanowym domowej roboty, a będzie smakował jeszcze lepiej
Skąd wzięła się moda na nutrię?
Nutrie trafiły do Europy na początku XX wieku, głównie w celach hodowlanych – ich gęste, nieprzemakalne futro było niezwykle cenione w kuśnierstwie. W Polsce prawdziwy boom nastąpił w latach 70. i 80., kiedy to nasz kraj stał się jednym z największych światowych potentatów w eksporcie skór.
Hodowla nutrii była wtedy genialnym sposobem na obejście problemów z zaopatrzeniem: hodowcy po zdjęciu cennego futra zostawali z dużą ilością wysokiej jakości mięsa, które oficjalnie nie podlegało rygorystycznemu kartkowaniu. Szybko trafiło ono do jadłospisów pracowniczych stołówek, a nawet do prestiżowych restauracji, gdzie sprytnie przyrządzone udawało droższą dziczyznę lub drób. Koniec kariery nutrii na polskim stole nastąpił wraz z transformacją ustrojową i wejściem do Unii Europejskiej.
Jak smakuje fałszywy królik?
Osoby, które miały okazję próbować nutrii, opisują jej smak jako szlachetny i delikatny. Mięso to jest chude, lekko słodkawe i uznawane za jedno z najzdrowszych mięs czerwonych ze względu na niską zawartość cholesterolu i wysoką przyswajalność białka.
W starej polskiej szkole gotowania nutrię najczęściej duszono w śmietanie z dodatkiem majeranku, co jeszcze bardziej upodabniało ją do królika. W Niemczech, szczególnie w regionach przygranicznych i na terenach byłego NRD, nutria (nazywana tam Sumpfbiber, czyli bobrem błotnym) była traktowana jako lokalny przysmak, serwowany często w formie gulaszu z dodatkiem czerwonego wina.
Niemiecka walka z "bobrem"
Współcześnie nutria stała się w Europie Zachodniej poważnym problemem ekologicznym. W Niemczech, szczególnie w Nadrenii Północnej-Westfalii, populacja tych zwierząt wymknęła się spod kontroli, powodując gigantyczne szkody w infrastrukturze przeciwpowodziowej. Zagrożenie przerwaniem wałów nad rzeką Lippe i w Zagłębiu Ruhry zmusiło lokalne stowarzyszenia wodne do wydania oficjalnych zaleceń o masowym odstrzale tych zwierząt.
W tym miejscu historia przybiera jednak nieoczekiwany obrót. Niemiecki rzeźnik Thomas Bickert, kierując się zasadą, że polowanie jest etyczne tylko wtedy, gdy zwierzyna zostanie w pełni wykorzystana, postanowił cztery lata temu przywrócić to mięso do łask. Zamiast utylizować tusze, zaczął przetwarzać je na luksusowe salami, ragout i pasztety. Argumentował to tym, że wyrzucanie tak wysokiej jakości surowca jest po prostu nieetyczne i lepiej jest go zjeść.
Dlaczego dziś nie zjesz nutrii na Wielkanoc?
Od 2021 roku nutria widnieje na liście IGO (Inwazyjnych Gatunków Obcych). Oznacza to całkowity zakaz hodowli, rozmnażania oraz wprowadzania do obrotu żywych osobników, co w praktyce zlikwidowało legalny rynek tego mięsa w Polsce.
Ponadto wraz z poprawą dostępności tradycyjnych mięs, Polacy szybko zapomnieli o zamienniku z czasów kryzysu, który wielu osobom kojarzył się z biedą. Dziś nutria budzi raczej dyskusje dotyczące natury etycznej i ekologicznej niż kulinarnej.