Na kiełbaski pod Halę Targową należy wybrać się wieczorem, bo wielkie grillowanie na rusztach startuje dopiero o godzinie 19:00. Wpisuję adres w aplikację i wsiadam do taksówki. Kierowca z ciekawością podpytuje, dokąd zmierzam o tej porze. Gdy tylko wspominam o słynnej, niebieskiej Nysce, natychmiast się uśmiecha.
– A, to miejsce doskonale znam! Wszyscy w Krakowie je znają. Dobre mają te kiełbaski – przyznaje bez wahania.
Na miejsce docieram zaledwie kilka minut po otwarciu. Ustawiam się w stosunkowo niewielkiej jeszcze kolejce i cierpliwie czekam na swoją kolej.
WIDEOMoja znajoma dała mi przepis na maczankę po krakowsku. Bliscy ciągle o nią proszą
Historia z postoju taksówek
W 1991 r. mieszkańcy Krakowa nie mieli zbyt wielu opcji na zjedzenie czegoś ciepłego nocną porą. Pierwszy McDonald’s w mieście pojawił się dopiero pod koniec 1993 r., a o powszechnych dziś sieciówkach z płazem w logo nikt jeszcze nawet nie śnił.
Dwaj krakowscy taksówkarze, Marek Dyląg oraz Aleksander Malik, dostrzegli wówczas potrzebę swoich kolegów po fachu, którzy nocami spędzali na postojach długie godziny. Zaparkowali dawne auto dostawcze marki Nysa tuż przy Hali Targowej i ruszyli ze sprzedażą zgrillowanych kiełbasek. Robią to z sukcesem do dziś i to bez posiadania profili w mediach społecznościowych czy bez płatnych kampanii promocyjnych.
Jak smakuje kiełbasa z Nyski?
Chwilę po otwarciu kolejka nie jest jeszcze duża i przesuwa się sprawnie. Przede mną jedna osoba zamawia standardową porcję, a stojący obok mężczyzna odbiera zrobione wcześniej zamówienie.
– Dla mnie dzisiaj 25 sztuk, bo mam w domu gości – rzuca z uśmiechem do panów z Nyski.
Po chwili przychodzi moja kolej. Płacę 25 zł i natychmiast dostaję papierową tackę z gorącą kiełbasą, świeżą bułkę oraz oranżadę nawiązującą stylem do lat 90. Ketchup i musztardę nakładam sama z ustawionych butelek, według własnego uznania i bez limitu. To miła odmiana po modnych jarmarkach czy miejskich festynach, gdzie za najmniejszą porcję sosu trzeba dopłacać po kilka złotych.
Zaledwie kilkanaście minut później sytuacja przed autosklepikiem zmienia się diametralnie. Gdy odchodzę od okienka, za moimi plecami ciągnie się już długi sznur ludzi. Mieszkańcy i turyści cierpliwie ustawiają się w ogonku, nieszczególnie przejmując się czasem oczekiwania – w końcu na kultową kiełbaskę po prostu warto poczekać.
Czy warto odwiedzić Niebieską Nyskę?
Z zabraną tacką idę w stronę długiego, wspólnego stołu. To miejsce ma pewną wyjątkową właściwość – błyskawicznie integruje ludzi. Przy tym stole zatrzymuje się każdy. Tuż obok mnie grupa turystów z Azji z zachwytem zajada się polską kiełbasą, a chwilę później przesuwam się kawałek, by zrobić miejsce dla małżeństwa w średnim wieku.
A jak wypada sama bohaterka wieczoru? Kiełbasa jest bardzo dobrze wypieczona, z chrupiącą, złocistą skórką. Bułka okazuje się świeża, całkiem spora i przyjemnie chrupiąca, a ketchup i musztarda to znany wszystkim, butelkowy standard. Przy pierwszym ugryzieniu kiełbasa przyjemnie strzela pod zębami, lekko pryskając tłuszczykiem. Nie jest przesuszona – to po prostu bardzo smaczne, dobrze przyprawione mięso z tradycyjnego rusztu.
Oczywiście daleko jej do wymyślnych wyrobów rzemieślniczych, ale wszak zupełnie nie o to tutaj chodzi. Tutaj kluczem jest prostota, bezpretensjonalność i ogromny sentyment. Dostajemy tu uczciwe danie jak za dawnych lat, za rozsądne pieniądze, jedzone na świeżym powietrzu w wyjątkowym klimacie Krakowa. I za to to miejsce po prostu trzeba docenić.