Japoński twist na zimno. Dlaczego nie każdy street food nadaje się na zimowy jarmark
Kolorowo, egzotycznie i obiecująco na papierze. W praktyce - to przykład miejsca, w którym koncept przegrywa z porą roku, a street food zderza się z realiami zimowej Warszawy.
Stoisko przyciąga wzrok od pierwszej chwili: japońskie lampiony, ilustracyjne menu, onigiri, sushi burgery, krewetki w tempurze. Wszystko wygląda jak kulinarna podróż do Tokio, tylko że odbywana w rękawiczkach, przy mrozie i pośpiechu. I niestety — to właśnie temperatura okazała się największym wrogiem tej kuchni.
Krakowski jarmark pęka w szwach od turystów. Czy ceny okazały się dużą niespodzianką?
Tempura na zimno - czy Polacy są na to gotowi?
Najbardziej symboliczna była pojedyncza krewetka za 10 zł — zimna, miękka, oblana sosem, który nie był w stanie uratować ani smaku, ani sensu tej pozycji. To danie, które w ciepłym wnętrzu mogłoby obronić się świeżością, ale na zimowym jarmarku po prostu nie działa. Zamiast przyjemności — rozczarowanie i pytanie: po co? Chyba, że to zamysł, który nie do końca został dobrze przekazany na stoisko pod Pałacem Kultury i Nauki.
Obiad dla fanów sushi i japoński klasyk
Burgery sushi i onigiri prezentowały się podobnie - poprawnie wizualnie, lecz bez energii i temperatury, której klient może w takiej zimowej aurze oczekiwać. Ryż i pozostałe składniki po prostu siadają - tekstura traci sprężystość, a całość robi się nijaka. Dodatkowo polecane w menu japońskie frytki kuki… akurat się skończyły. Być może to i lepiej — bo miałam nastawienie na ciepłe i chrupiące przekąski, a po wcześniejszych propozycjach mogłabym się rozczarować.
To miejsce jest klasycznym przykładem kulinarnego "kwiatka do kożucha" — pomysłu atrakcyjnego koncepcyjnie, ale zupełnie niedopasowanego do zimowej aury i formatu jarmarku. Moja rada? Zimą trzymajmy się jedzenia, które grzeje, syci i wybacza niedoskonałości. Egzotyczne eksperymenty zostawmy na cieplejsze miesiące — albo na restauracyjny stół, nie uliczną ladę.