Odwiedziliśmy restaurację 13 lat po "Kuchennych rewolucjach". Oto co zostało z dań Gessler
Marilyn Bar w Straszynie to miejsce, w którym Magda Gessler przeprowadziła zapadającą w pamięć rewolucję. Amerykański klimat, kolorowy wystrój i uporządkowanie rodzinnej historii to znaki rozpoznawcze tamtego odcinka. Po latach lokal nadal działa, a my postanowiliśmy sprawdzić, czy wciąż widać tam działanie królowej polskiej gastronomii.
Z restauracjami po "Kuchennych rewolucjach" bywa różnie. Niektóre nie zdają testu po powrocie Magdy Gessler, co nieraz staje się przysłowiowym gwoździem do trumny. Inne, chociaż na koniec dostały błogosławieństwo gwiazdy, upadają i znikają z gastronomicznej mapy Polski. W Straszynie czas działa jednak na korzyść właścicieli.
Bar Marilyn do programu zgłosił się w 2013 roku. Inicjatorem miał być syn właścicieli, który własnoręcznie napisał list do Magdy Gessler, prosząc ją o pomoc. Lokal dochodów nie przynosił, podzielił za to rodzinę. Na miejscu została mama, doglądając biznesu, a tata chłopca pracował w Szwecji. Restauratorka pomogła zaplanować menu, wprowadziła jeszcze więcej amerykańskiego klimatu, a dzięki zatwierdzeniu przez nią rewolucji zapewniła lokalowi porcję uwagi i reklamy.
Przemysław Klima o Magdzie Gessler. Jak się poznali? Był fanem "Kuchennych rewolucji" zanim zaczął z nią pracować?
Bar Marilyn po rewolucjach
Chłopiec, który napisał list, nie jest już chłopcem, a młodym mężczyzną, który pracuje w restauracji. Bar ma aktualnie dwie duże sale, a na parkingu przed wejściem potrafi być tłoczno. Lokal ruszył do przodu, ale nie zapomniał o tym, co na początku dało mu rozpęd. To rzadki widok – widzieć "dziecko rewolucji", które dosłownie dorosło wraz z tym biznesem i wciąż wierzy w jego sens.
Bar Marilyn odwiedzamy w czwartkowe popołudnie. Dla gastronomii największy kocioł dzieje się w weekend, a obecność ogromnych korków w drodze z Gdańska do Straszyna może odstraszyć wielu miłośników dobrego jedzenia. Mimo to na parkingu stoi sporo aut, kilka stolików w środku jest zajętych, ale najwięcej dzieje się w temacie zamówień na wynos i z dostawą.
Wystarczy otworzyć drzwi lokalu i można poczuć, jak opada nam szczęka. Wystrój zdecydowanie jest w duchu amerykańskim, nawiązuje do kultowych barów, ale przy tym nie jest przaśny i tandetny. Jest spójnie, bogato, kolorowo i tak interesująco, że co chwilę dostrzegamy kolejne detale. Miejsca jest sporo, bar dorobił się dodatkowej sali, która na wejściu wita gości czerwonym dywanem. W środku są rodziny, grupy znajomych i pary, a samo wnętrze i jego przestrzeń sprawiają wrażenie idealnych do organizacji imprez. To małe muzeum popkultury, w którym chce się zostać na dłużej.
Menu w barze Marilyn
Zajmujemy miejsce przy jednym ze stolików. Błyskawicznie pojawia się przy nas kelnerka z kartą. W środku bez zaskoczenia — kuchnia amerykańska. Chociaż od rewolucji minęło już kilkanaście lat, to w menu wciąż widnieją dania wprowadzone przez Magdę Gessler. I widać je wyraźnie, bo są wytłuszczone, pogrubione lub oprawione w rameczkę. Są więc burgery, żeberka, rosół wołowy, krem kukurydziany, pancakes i shake. Poza tym sama karta jest dość obszerna — znaleźć tam można także pizzę, steki i makarony. Wybór jest duży, ale wszystko wydaje się tutaj na miejscu.
Po zamówieniu na stole pojawia się czekadełko w postaci miseczki popcornu. Po niedługiej chwili pojawia się nasze zamówienie. Skoro sprawdzamy, jak po latach wygląda rewolucja, to zaczynamy od rosołu wołowego. W środku pływają kawałki mięsa, jest dość gruby makaron, marchewka i natka pietruszki. Wywar jest ciemny, bogaty w smaku, z wyraźnie wyczuwalną wołowiną. Mięso w zupie nie jest wysuszone, makaron pozostaje odpowiednio sprężysty. Zdecydowanie Magda Gessler nie mogłaby rzucić talerzem po spróbowaniu tego rosołu.
Ledwo skończyliśmy jeść zupę, a na stole pojawiają się dania główne. Wciąż pozostajemy w klimacie "Kuchennych rewolucji" i stawiamy na żeberka w miodzie z kukurydzą, domowymi frytkami i colesławem oraz na fish'n'chips z dorszem w tempurze, miksem sałat z dressingiem oraz sosem tatarskim. Pierwsze wbicie widelca w żeberka sprawia, że od razu wiemy: będzie dobrze. Mięso jest mięciutkie, samo odchodzi od kości, marynata nie przytłacza słodyczą. Coleslaw jest przyjemnie świeży, lekko ostry i nie jest ciężki od majonezu. Do tego dobre frytki, grillowana kukurydza z masełkiem i można się rozpłynąć.
Ryba z frytkami zawsze budzi pewne obawy, że pod złocistą panierką nie czeka nas za dużo mięsa. W tym przypadku jest jednak inaczej, bo dorsz świetnie wypełnia tempurę. Proporcje są odpowiednie, więc nie mamy wrażenia, że zapłaciliśmy za samą panierkę. Spore wrażenie robią na nas dodatki: gęsty sos tatarski, przypominający konsystencją bardziej pastę i tapenadę niż sam sos, i prosty miks warzyw z pysznym dressingiem.
Deser zgarniamy już na wynos - to shake nutella. Przygotowywany na miejscu, na bazie włoskich lodów ze znajdującej się za barem maszyny. To również pozostałość po rewolucjach, które pod koniec 2013 roku przeprowadziła Magda Gessler. Zgodnie uznajemy, że to przyjemność zdecydowanie warta grzechu.
Jak wyglądają ceny?
Czy jest tanio? No nie jest, ale w zasadzie dziś jedzenie na mieście zawsze wiąże się ze sporym wydatkiem, o ile nie uwzględniamy tutaj barów mlecznych. Porcja rosołu kosztowała nas 26 zł, ryba to 59 zł, shake kolejne 20 zł. Najdroższe, ale i największe, były tutaj żeberka - za zestaw z dodatkami zapłaciliśmy 99 zł. Wymieniliśmy w nim miks sałat na colesława, ale nie doliczono za to żadnej dopłaty.
W naszym odczuciu ceny były adekwatne do jakości i rozmiaru. Jeśli do tego dorzucimy jeszcze przemiłą, sprawną obsługę i piękne wnętrze, to mamy obiad idealny. Magda Gessler z dumą mogłaby prezentować ten lokal jako rewolucyjny sukces, ale te lata po programie pokazują, że za barem Marilyn stoi coś więcej niż telewizyjna reklama. To dowód na to, że rewolucja może stać się solidnym fundamentem do dalszej pracy i rozwoju, a nie tylko chwilowym pudrowaniem rzeczywistości. Scenariusz jak z filmu: list od syna właścicieli, rodzina rozdarta między Polską a Szwecją i biznes, który zamiast zarabiać, generował jedynie stres, zamieniły się w prawdziwy amerykański sen, który trwa w Straszynie w najlepsze.
Ewa Malinowska, dziennikarka Wirtualnej Polski