Zawsze powtarzamy, że wybierając się nad morzem na rybę, należy zachować rozsądną dawkę podejrzliwości. Tu nie chodzi tylko o ceny — które, mówiąc w nawiasie, są wręcz zabójcze — ale i kwestię zdrowotną. Wiele osób nie zdaje sobie sprawy z tego, skąd dokładnie przybywa do Polski panga czy tilapia i w jakich warunkach była hodowana. Jedno wiedz na pewno: te ryby nie mają z polskim morzem nic wspólnego.
A jednak Polacy coraz większą uwagę zwracają też na ryby, które jeszcze do niedawna mogły uchodzić za niespecjalnie interesujące: szprotki. Te niewielkie, poławiane z Bałtyku wodne stworzonka są aktualnie sprzedawane na ulicach turystycznych miejscowości w ogromnych ilościach. Są smaczne — tego można się domyślić. A jak prezentują się ich właściwości zdrowotne?
Szprotki — jeść, czy nie jeść?
Zamieszkujące wody europejskich mórz szprotki zaliczane są do ryb tłustych. Ich delikatne, białe mięso zawiera około 10 - 12 proc. tłuszczu. Pozostała część to wysokiej jakości białka, wapń, selen, fosfor, miedź, cynk, magnez, witamina D i B12. Ich kaloryczność wyliczona została na 162 kcal w 100 gramach produktu.
Szprotki są uznawane za ryby niezwykle zdrowe. Stanowią doskonałe źródło tego, co dietetycy i lekarze cenią w rybach najbardziej — kwasów omega-3. Te substancje odgrywają ważną rolę nie tylko z punktu widzenia ludzkiej gospodarki hormonalnej, kości i stawów, ale również mózgu i całego układu nerwowego. W przeciwieństwie np. do łososia hodowlanego szprotki mogą się więc pochwalić niezwykle prozdrowotnym wpływem na ogólną kondycję organizmu.
Mówiąc o szprotkach, nie można nie wspomnieć, że pozostają one relatywnie tanią nadmorską przekąską. Według "Gazety Wyborczej" mała porcja smażonych rybek (200 gramów) kosztuje 14 złotych, a duża - 24 złote. Tak sprzedawane szprotki są już pozbawione głów i wnętrzności, a więc dostajemy je gotowe do jedzenia. Pozostaje już tylko chrupać i cieszyć się ich cudownymi właściwościami oraz boskim smakiem.