Do Riumar, małego katalońskiego miasteczka, wjeżdża się przez krajobraz, który niewiele ma wspólnego z obrazkiem Hiszpanii znanym z folderów turystycznych. Po obu stronach szosy aż po horyzont ciągną się zalane wodą pola ryżowe, nad którymi krążą czaple i dzikie kaczki. To właśnie stąd pochodzi ryż objęty chronionym oznaczeniem geograficznym — jeden z fundamentów kulinarnej tożsamości Delty Ebro.
WIDEOGulasz po madrycku - przepis na fanów mięsa
Szukając miejsca na obiad, otworzyliśmy mapę i sprawdziliśmy opinie. Naszą uwagę przykuła restauracja Nou Galatxo w Riumar. Ocena 4,3 na ponad półtora tysiąca recenzji brzmiała jak całkiem konkretna rekomendacja — tym bardziej że większość opinii pochodziła od hiszpańskich gości. Zjawiliśmy się na miejscu chwilę przed otwarciem kuchni. Sam lokal z zewnątrz wygląda niepozornie. To klasyczna arrosería, czyli restauracja lub bistro, w których specjalnością są dania z ryżu. W porze obiadowej wypełnia się gwarem i zapachem jedzenia.
Sangria na białej Cavie i ukwiały, które pachną morzem
Na dzień dobry na stole pojawiły się napoje. Zdecydowałam się na białą sangrię, która w odróżnieniu od klasycznej, czerwonej, jest przygotowywana na lokalnym winie musującym - Cavie. Jest lekka, orzeźwiająca, z delikatnymi bąbelkami i wyraźną owocową nutą. Szklanka kosztuje około 4,50 euro i w gorącym klimacie Katalonii sprawdza się bezbłędnie.
Do tego zamówiliśmy ortiguillas, czyli ukwiały morskie w chrupiącej panierce, smażone w głębokim tłuszczu. Dla wielu osób brzmi to jak kulinarny eksperyment, ale na talerzu bronią się doskonale. Chrupiąca skórka kryje wnętrze o konsystencji gęstego budyniu. Nie ma tu rybiego zapachu, a intensywny morski aromat.
Chwilę później pojawiła się grillowana ośmiornica z domowym aioli i ziemniakami. Mój mąż za owocami morza nie przepada, ale ten talerz podzieliliśmy po równo. Białe mięso ośmiornicy było miękkie, z lekkim oporem przy krojeniu i delikatnie przypieczonymi brzegami od grilla. Podana została nie na talerzu, a na tzw. łupce, razem z ziemniakami obficie podlanymi oliwą i posypanymi solą morską. Bardziej przypominały one gęsty sos niż klasyczne puree. Wybaczam tę fantazję szefa kuchni, bo w smaku były tak dobre, że trudno było się od nich oderwać.
Gwiazda z Delty. Paella z kaczką na otwartym ogniu
Głównym powodem, dla którego przyjeżdża się do Nou Galatxo, jest jednak ryż. Paellę przygotowuje się tu bezpośrednio nad otwartym ogniem z drewna, a dym nadaje potrawie charakterystyczny, głęboki aromat.
Zamówiliśmy paellę z kaczką z Delty Ebro. Patelnia, która trafiła na nasz stół, pachniała dymem i długo gotowanym wywarem. Ziarenka ryżu wchłonęły esencjonalny bulion, tworząc spójną całość z mięsem, karczochami, fasolą i marchewką. To zupełnie inna historia niż żółty, przesuszony ryż z przypadkowych turystycznych lokali.
Zjedliśmy wszystko, wyjadając z dna patelni najbardziej wartościową, chrupiącą warstwę ryżu — tutejszy socarrat. To właśnie dla takich chwil człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego mieszkańcy Delty Ebro traktują ryż niemal jak kulinarną wizytówkę regionu.
Na deser namówił nas kelner. Warto dodać, że sprawnie mówił po angielsku, co w tym regionie, zdominowanym przede wszystkim przez hiszpańskich turystów, wcale nie jest oczywistością. Polecił sernik i od razu zaznaczył, że to receptura mamy szefa kuchni, która osobiście dba o jego przygotowanie.
Choć byliśmy już kompletnie najedzeni, wzięliśmy jedną porcję na spółkę. Dostaliśmy całkiem spory kawałek ciasta o aksamitnej, lekko kremowej strukturze, podany ze świeżą bitą śmietaną i kwaskowatym sosem malinowym. Słodycz została dobrze przełamana kwasowością i deser okazał się zaskakująco lekki jak na finał tak obfitego obiadu.
440 złotych za obiad dla dwóch osób
Rachunek w Nou Galatxo wyniósł nieco ponad 102 euro, czyli około 440 złotych. Dwie porcje paelli z kaczką kosztowały 42 euro, ośmiornica — 22 euro, a ukwiały — 17 euro. Do tego napoje, w tym mrożona herbata i sangria, oraz deser.
Czy to dużo? Jak na restaurację w niewielkiej miejscowości poza głównym turystycznym szlakiem — zdecydowanie tak. Na dodatek w karcie nie było cen napojów oraz deserów, więc paragon był lekkim zaskoczeniem. W tym przypadku cena ma jednak swoje uzasadnienie. Płacimy nie za widok na morze, eleganckie wnętrze i białe obrusy czy lokalizację w centrum kurortu, ale za dobre składniki, czas i pracę przy otwartym ogniu.
Na urlopie wolę zrezygnować z kilku przypadkowych przekąsek i zostawić 440 złotych za gęsty, esencjonalny kaczy bulion, świeże owoce morza i paellę pachnącą dymem. Zwłaszcza kiedy przypomnę sobie, ile potrafi kosztować mrożony dorsz w grubej panierce z frytkami w pierwszym z brzegu kurorcie nad Bałtykiem. Po takim obiedzie w Delcie Ebro naprawdę trudno za nim zatęsknić.