Od pomidora i wanilii do ślimaków. Wiktoria Nawara o kulisach "MasterChefa"
Wiktoria Nawara po zwycięstwie w programie "MasterChef Polska" zdradza kulisy finału i mówi wprost, który z jurorów jest najbardziej wymagający. Opowiada też, jak wygląda prawdziwa harówka we włoskiej szkole gastronomicznej, gdzie każdy tydzień kończy… egzamin przy garnkach. Podpowiedziała również, który polski produkt to nasza kulinarna wizytówka.
Choć studiowała ekonomię, szybko zrozumiała, że jej prawdziwym światem jest gastronomia, a udział w "MasterChefie" stał się impulsem do odważnego postawienia wszystkiego na jedną kartę. Dziś Wiktoria uczy się we włoskiej szkole kulinarnej Alma Scuola di Cucina, poznaje coraz bardziej zaawansowane techniki i rozwija miłość do kuchni włoskiej, francuskiej i hiszpańskiej. O najlepszych smaczkach opowiedziała dla Pysznosci.pl i zdradziła, jak rozdysponuje 250 tysięcy złotych, czyli główną nagrodę kulinarnego show.
Przemysław Klima o sędziowaniu w "MasterChefie" i kulisach show. Jak utrzymują temperatury potraw przed degustacją?
Magdalena Pomorska: Który moment z całej 14. edycji "MasterChef Polska" uważasz za najważniejszy?
Wiktoria Nawara: Najważniejszy moment to dla mnie oczywiście finał i chwila, kiedy usłyszałam swoje imię oraz dowiedziałam się, że jestem czternastym polskim MasterChefem. Na pewno zapamiętam też Michela Morana i odcinek, w którym odwiedzaliśmy z nim tapas bary. Czułam się, jakbym wyruszyła na miasto z jakąś bliską mi osobą. Ludzie, których tam spotkałam, również zostaną w moim sercu na zawsze. To najwspanialsze aspekty udziału w programie.
Jak odbierałaś jurorów – od momentu pierwszych odcinków do finału? Czy poznając ich lepiej, znikał twój stres, a może wręcz przeciwnie, byłaś bardziej czujna, żeby dobrze wypaść i sprostać oczekiwaniom?
Wiadomo, każdemu zależało na tym, żeby sprostać tym oczekiwaniom. Stres był od pierwszego do ostatniego odcinka, ale myślę, że w miarę poznawania jurorów było łatwiej, aniżeli ciężej. Z odcinka na odcinek zostawali tylko najlepsi, więc poziom też rósł. Co do moich odczuć do jurorów – Michel na przykład jest taki, jakim ogląda się go w telewizji. To przemiły i bardzo ciepły człowiek. Przemek jest wymagający i myślę, że tak samo odbierają go widzowie. Uczestnicy również uważali, że jego oczekiwania są duże. W pierwszy dzień zostało mi zadane pytanie, kogo się najbardziej obawiam i odpowiedziałam, że właśnie Przemka Klimy. Zdania nie zmieniłam (śmiech), dalej uważam, że jest najostrzejszym jurorem, najbardziej krytycznym, ale też bardzo sprawiedliwym. Oczywiście pani Magda to po prostu królowa. Bardzo fajna osoba, ale przede wszystkim ma ogromną wiedzę i jest autorytetem kulinarnym.
Czy przed zgłoszeniem do programu śledziłaś wcześniejsze edycje, robiłaś cały plan, czy poszłaś na spontan?
Na studiach ekonomicznych uznałam, że nie chcę siedzieć za biurkiem. Stwierdziłam, że idę w gastronomię, niezależnie, czy z pomocą udziału w programie "MasterChef", czy też bez niej. Złożyłam papiery do szkoły kulinarnej. Dodatkowo przyjaciele namówili mnie, żebym wzięła udział, więc raczej to było spontaniczne.
Jedna z konkurencji nawiązywała do food pairingu. Zdecydowałaś się na połączenie pomidora i wanilii – skąd pomysł?
Podpowiedzią było dla mnie zdanie szefa Camastry, że pomidor to owoc. Skoro owoc, to w naturalny sposób łatwo wydobyć jego słodycz. Nawet gdy doda się do niego takie przyprawy, jak cynamon, goździki czy wanilia, to wszystko gra.
To dlatego pewnie trochę te maliny cię tak w finale przekonały do gazpacho?
Chciałam dodać coś kwasowego, coś tam przełamać.
W finale było mocno hiszpańsko, ale ty podkreślasz też swoją miłość do kuchni włoskiej.
Tak, jestem obecnie w szkole kulinarnej we Włoszech. Kocham tamtejszą kuchnię. Odgrywa dużą rolę w moim życiu i naprawdę uwielbiam gotować jak Włosi, bo tu gotuje się z sercem i co ciekawe często bez żadnych miarek. Nie lubię ważyć, śledzić przepisów. Przeważnie gotuję "na oko" i tak jak czuję, próbując po prostu wiele razy moich dań. Przyznaję jednak, że poznając coraz więcej technik gotowania, jestem też mocno zafascynowana kuchnią francuską, bo to jednak taka matka gastronomii.
Uchylisz rąbka tajemnicy, jak wygląda nauka w włoskiej szkole gastronomicznej?
Zajęcia praktyczne wyglądają, jak praca w prawdziwej kuchni. Przychodzimy, szef, z którym mamy zajęcia, mówi, jak i co mamy robić. Każdy tydzień, to inny dział gotowania. Uczymy się np. jak filetować płaskie ryby, jak ściągać z nich skórę i co można z nimi potem zrobić. Gotujemy, ćwiczymy i oczywiście jest sprawdzane, czy trzymamy porządek. Na to jest bardzo duży nacisk. Każdy tydzień kończy się egzaminem, gdzie gotujemy już bez podpowiedzi i podajemy konkretną, gotową potrawę lub produkt. Cały czas jesteśmy w pełnym ubraniu kucharza i czapce kucharskiej. Oprócz tego dużo miejsca zajmuje też teoria. Uczymy się o potrawach z Włoch, regionach Włoch i mamy zajęcia z wina. Z racji tego, że szkoła znajduje się we Włoszech, chodzę również na lekcję języka. Podsumowując, dzień w tej szkole trwa 10-12 godzin. Składają się na niego inwentaryzacje, sprzątnie, pilnowanie porządku i gotowanie. Jest fajnie i satysfakcjonująco, ale też wymagająco.
W "MasterChefie" używałaś m.in. jednego z klasycznych sosów. Tak więc te francuskie sosy bazowe to taka podstawa, którą trzeba znać, żeby iść dalej?
Dokładnie tak. W mojej książce są cztery działy. Pierwszy to "Wika w domu" i tu udostępniam moje domowe przepisy. Kolejny to "Wika we Włoszech", bo to ważny rozdział mojego życia, ale jest też "Wika we Francji" i "Wika w Hiszpanii". Polecam te smaki zapamiętane z domu - spisane propozycje babci, mamy i cioci, które są pewniakami i które lubię robić. Uwzględniłam m.in. przepis na mój ukochany chleb na zakwasie, ale też na gołąbki z farszem mięsno-ryżowym podane obowiązkowo w sosie pomidorowym. W sposobie przygotowania dzielę się trikami, które zdradziła mi babcia. Moja rodzina miała ogromny wpływ na to, jak teraz myślę o gotowaniu. Bardzo dużo podpatrywałam w domu, widziałam miłość mojej mamy do gotowania. To na pewno wpłynęło na to, że teraz sama uwielbiam to robić.
Twoja kariera idzie mocno w stronę kulinariów, a na co przeznaczysz nagrodę?
W większości na szkołę. Ale nie mam zamiaru na tym poprzestawać. Chciałabym naprawdę jeszcze dużo się uczyć. Wiem, że ta wygrana jest tak naprawdę początkiem mojej drogi kulinarnej. A chciałabym być naprawdę dobrą szefową kuchni, dlatego przeznaczę te pieniądze na naukę, na szkolenie się, na staże za granicą u szefów kuchni. Chciałabym móc kiedyś wrócić do Polski i otworzyć coś swojego.
Zdradzisz, jaki rodzaj kuchni w swoim lokalu gastronomicznym planujesz?
Myślę, że taki miks jak w książce, ale bardzo zależy mi, by skupić się na polskich składnikach, które są mocno i często niedoceniane. Mamy dużo naszych świetnych produktów, a większość idzie na eksport.
Które twoim zdaniem powinny być naszą kulinarną wizytówką?
Mało kto wie, ale większość ślimaków we Francji jest z Polski, bo my ich nie jemy. Osobiście uwielbiam ślimaki i uważam, że to jest bardzo niedoceniony produkt. Podobnie jest z gęsiną - jemy jej mało, a ta polska jest naprawdę świetna. Nie sposób też nie wymienić warzyw i owoców sezonowych – w tym polskich, dobrych i naprawdę smacznych jabłek.