Dostali prestiżowe wyróżnienie kulinarne. Sprawdziłam, co można tam zjeść za mniej niż 5 zł
Odrapane ściany, plastikowa zastawa i dźwięki ulicy. Streetfoodowy anturaż jest specyficzny, ale to część tradycji kulinarnej Tajlandii, dlatego ma swoje szczególne miejsce w prestiżowym Przewodniku Michelin. Sprawdziłam więc, co serwują "michelinowe" budki z jedzeniem, te najtańsze spośród najznamienitszych.
25.05.2024 | aktual.: 25.05.2024 14:57
W aktualnym Przewodniku Michelin znalazło się 95 restauracji z Tajlandii serwujących tzw. uliczne jedzenie (street food), a 60 z nich otrzymało nagrodę Bib Gourmand. Odznaczenie to daje nam do zrozumienia, że oto przed nami znajduje się lokal (a nierzadko niewielka budka) doceniony za najlepszy stosunek jakości serwowanych potraw do ich ceny. Podobno inspektorzy spędzają tyle samo czasu na wyszukiwaniu tych miejsc, ile w przypadku lokali honorowanych gwiazdką. Postanowiłam zatem sprawdzić, co za ile i czy czerwona tabliczka rzeczywiście działa jak magnes.
Dalsza część artykułu pod materiałem wideo
Tajski street food z Przewodnika Michelin
Właściciele z nagrodą Bib Gourmand, tak samo jak ci "gwiazdkowi", również otrzymują słynne czerwone tabliczki, które mogą dumnie wyeksponować na ścianach swoich lokali. Natomiast w przewodniku wyróżnione miejsca zdobi wizerunek ludzika Michelin oblizującego usta. I nie bez powodu, bo przede wszystkim jest pysznie. A najeść się można do syta, bo ceny są dosłownie niewiarygodnie niskie.
Uliczne jedzenie z założenia jest tańsze, zwykle też tematycznie kręci się wokół lokalnego folkloru (choć nie zawsze). Serwowane jest szybko, na wynos lub na miejscu w plastikowych naczyniach, a same lokale czy budki nie posiadają typowego zaplecza kuchennego. Tajlandia słynie ze street foodu, gotowania, które jest nieprzekombinowane, proste, łatwo dostępne i niedrogie. To samo jadają przypadkowo trafiający tutaj turyści, celowo pojawiający się smakosze oraz Tajowie wpadający na obiad.
Wędrując szlakiem perełek z Przewodnika Michelin w Tajlandii, trafiłam do trzech absolutnie różnych i mocno charakterystycznych miejsc. W samym Chiang Mai jest 27 polecanych lokali z odznaczeniem Bib Gourmand, a 13 z nich serwuje street food. Spośród tej trzynastki wybrałam trzy najtańsze, sugerując się symbolem jednego dolara w przewodniku.
Mięsne kluseczki na słodko
Najpierw zajrzałam do działającego od kilkudziesięciu lat Lung Khajohn Wat Ket, niewielkiego lokalu słynącego z tradycyjnych przekąsek. Jedzenie jest tutaj wydawane na wynos, a do wyboru przedstawiono mi dwie opcje: kluski gotowane na parze ze słono-słodkim nadzieniem (przypominające nieco włoskie ravioli) oraz kulki tapioki ze słodką wieprzowiną. Poprosiłam o jedno i drugie. Porcje były niewielkie, ale w sam raz, by zaspokoić niewielki głód.
Pod lokal podjeżdżał co chwilę to samochód, to skuter. Myślę, że ruch musi być spory, ponieważ na stolikach czekało już mnóstwo przygotowanych pakunków. Wnętrze Lung Khajohn Wat Ket przypomina wszystkie inne: panuje tam typowy dla tego typu miejsc rozgardiasz, ściany ewidentnie potrzebują odmalowania, a niewielki wiatrak daje z siebie wszystko, żeby dać odrobinę ochłody tam pracującym. Ale było coś jeszcze: zapach, mnóstwo wspaniałych zapachów i wielka życzliwość.
Jedzenie smakowało tak, że nie sposób go do czegokolwiek porównać. Kluseczki były delikatne, lekko ciągnące się, natomiast farsz — choć wyczuwalnie mięsny — miał słodki smak. Nie był jednak mdły. Całość polałam kokosowym kremem, również słodko-słonym, który był w zestawie i schrupałam w liściu sałaty, też z zestawu. Kulki z tapioki wymagały nieco intensywniejszej pracy żuchwą, ale wnętrze zaskoczyło — było jeszcze słodsze, ale wciąż mięsne. Cena? Można powiedzieć, że drobne — za dwa opakowania (zdj. poniżej) zapłaciłam 40 bahtów. To... ok. 4,30 zł.
Żeberka we wszystkich smakach
Po kilku minutach spaceru znalazłam się w kolejnym miejscu ze street foodem uhonorowanym w Przewodniku Michelin. Guay Jub Chang Moi Tat Mai przyjmuje na miejscu. Lokal jest niewielki, a przestrzeń zagospodarowana jest głównie przez stoły i krzesła. Z przodu stoi blat kuchenny, półeczka z podwieszonym wielkim kawałkiem chrupiącej wieprzowiny i kocioł z zupą, a na tyłach widać "ołtarzyk" - to domek dla duchów (zdj. poniżej). Tajowie wierzą, że duchy danego miejsca, dusze poprzednich właścicieli potrzebują własnego kąta. W przeciwnym razie można spodziewać się wszystkich plag. A w Guay Jub Chang Moi Tat Mai najwyraźniej wiedzie się całkiem nieźle — na ścianie widnieje pięć czerwonych tabliczek, oznaczających obecność w przewodniku nieprzerwanie od 2020 roku. Czy działają jak magnes? Ze mną przy stolikach siedziało 10 gości. Jak na tę porę — środek dnia — to całkiem sporo.
Lokal ten słynie z intensywnego bulionu mocno doprawionego pieprzem, który serwuje się z chrupiącą wieprzowiną i makaronem ryżowym. Ze względu na to, że w następnej kolejności planowałam wybrać się na zupę, tutaj poprosiłam o inne danie — duszone żeberka z ryżem. Do tego dostałam miseczkę pieprznej zupy. Ktoś może zapytać, co specjalnego jest w duszonych żeberkach i gotowanym ryżu, przecież to żadne mecyje. I muszę przyznać, że owszem, choć żeberka były kruchutkie jak mało które, a podano mi je już obrane i pokrojone.
Ale nie o żeberkach tutaj trzeba rozmawiać, a sosie, który zawierał w sobie wszystkie znane mi tajskie smaki. Sos sojowy, tajska bazylia, coś orzechowego, coś słodkiego i jeszcze słonego (może sos rybny?). Jadłam bardzo wolno, żal było kończyć. Sam bulion jest rzeczywiście wybitnie pieprzny, a więc pot lał mi się z czoła z taką intensywnością, że pojawiła się przede mną przemiła pani ze szklanką tajskiej herbaty z lodem. Danie kosztowało 80 bahtów (w tym był rosół i herbata), czyli prawie 9 zł. Niewiele, ale w tej okolicy taką cenę można uznać za wyższą od średniej.
Najlepsza wołowina w mieście
Na końcu zawędrowałam do Rote Yiam Beef Noodle. I oto znalazłam zwycięzcę (oczywiście subiektywnego). Lokal ten od ponad 30 lat serwuje wołowinę jedną z najlepszych w mieście. Zwykle jest ona zatopiona w wołowym bulionie, w którym znajdziemy też bukiet chińskich ziół. A jeśli ktoś nie przepada za zupą, może sięgnąć po wołowinę w żółtym curry z ryżem. Mnie jednak przygnało tutaj po zupę.
Wybrałam dużą porcję z szerokim makaronem, siekaną wołowiną i wołowymi ozorami. Jedzenie otrzymałam raz-dwa, zjadłam jeszcze szybciej. Smak bulionu przypominał smak wietnamskiej zupy pho, był jednak jeszcze mocniejszy, jeszcze bardziej mięsny z wyczuwalnymi odświeżającymi nutami ziół. Mięso, a szczególnie ozory, rozpływało się w ustach, a za chrupkość odpowiadały świeże kiełki fasoli. Spodziewałam się, że "najlepsza wołowina w mieście" będzie się cenić. Zupa kosztowała 100 bahtów, czyli niecałe 11 zł. Podobne potrawy serwuje się tutaj na każdym kroku, a są nawet o połowę tańsze. Czy jednak można dostać gdziekolwiek tak wybitne ozory?
Wnętrze Rote Yiam Beef Noodle jest hybrydą tajskiego lokalu typu street food i sklepu z antykami. Na podłodze stoją najprostsze stoliki, a pod sufitem, za szybami podwieszanych półek, widać wiekowe radia przypominające drewniane pudła. Podobny mariaż wita przybyłych od progu — obok stalowego profesjonalnego blatu z wbudowanym wielkim kotłem wisi drewniana półka. A za szybką, pośród zakurzonych zdjęć i pamiątek, błyszczy czerwona tabliczka (jedna z pięciu). Czy w magiczny sposób przyciąga rzesze do lokalu? Poza mną w lokalu byli tylko pracownicy, ale sądząc po sporej ilości nagotowanej zupy i naszykowanych dodatków, śmiem twierdzić, że byłam tylko rozgrzewką.
Karina Czernik, dziennikarka Wirtualnej Polski