Odwiedziłam restaurację z oscarowego filmu. W menu gęsie pipki i żydowski kawior
Mandragora przy Rynku 10 w Lublinie to restauracja, która od lat przyciąga miłośników kuchni żydowskiej. Zajrzałam tam z grupą znajomych, by sprawdzić, czy rzeczywiście zasługuje na swoją renomę. Zamówiliśmy niemal wszystko, co było w karcie – od wątróbki na winie i miodzie po czulent z szabasowego menu.
Smaki dawnego Lublina
Kuchnia żydowska ma w Lublinie długą i bogatą tradycję. Przed wojną w mieście żydowskie restauracje, sklepy i piekarnie. Dziś ślady tamtego świata przetrwały głównie w opowieściach, fotografiach i nielicznych przepisach. Mandragora na swój sposób te wspomnienia przywraca – z szacunkiem do dawnych receptur, ale bez muzealnej sztywności. To miejsce żyje, pachnie i karmi duszę tak samo, jak robiły to dawne żydowskie domy.
Rosół na gęsinie - głęboki smak według tradycji
Mandragora – restauracja z duszą i historią
Do Mandragory przyszliśmy w kilkuosobowej grupie, więc mogliśmy spróbować naprawdę dużo. Na uwagę zasługuje wnętrze lokalu – pełne drewnianych mebli, koronkowych obrusów, rodzinnych fotografii, starych świeczników i innych pamiątek. Z głośników płynęła się klezmerska muzyka, a obsługa witała gości z uśmiechem. Choć wszystkie stoliki były zajęte, kelnerzy działali bardzo sprawnie i szybko. Już po kilku minutach od zamówienia na naszym stole pojawiły się pierwsze przystawki.
Gęsie pipki, wątróbka i kawior żydowski
Na początek – gęsie pipki, czyli potrawka z gęsich żołądków w gęstym, aromatycznym sosie. Mięso było miękkie, pełne smaku, z delikatną nutą korzennych przypraw. Tuż obok – wątróbka drobiowa na winie i miodzie, jedna z najlepszych, jakie jadłam: słodko-słona, lekko karmelizowana, po prostu pyszna. Nic dziwnego, to danie jest specjalnością lubelskiej restauracji. Rekomendowane przez światowej sławy przewodnik francuski Gault&Millau. Do tego kawior żydowski, czyli pasta z wątróbki, orzechów włoskich i cebuli, podawana z jajkiem – prosta, ale uzależniająca, trudno poprzestać na jednej porcji. Ze świeżą chałką smakuje wybornie.
Kapuśniak, który zasługuje na osobny rozdział
Nie mogliśmy pominąć żydowskiego kapuśniaku – dania, które w Mandragorze ma status niemal kultowego. I trudno się dziwić: to gęsta, aromatyczna zupa z kapusty, migdałów i rodzynek, która łączy słodycz z kwasowością w sposób zaskakująco harmonijny. Dla mnie – absolutny hit.
Mieliśmy również okazję spróbować salt beef, czyli wołowiny peklowanej według przepisów z kuchni żydów z Europy środkowo-wschodniej, którzy wyemigrowali do USA. Mięso było kruche, rozpadało się pod widelcem. Na stole pojawiły się też latkes chanukowe, czyli placki ziemniaczane smażone na złoto, były przyjemnie chrupiące i podane z odrobiną śmietany. Wieczór dopełniły dania z szabasowego menu, przygotowywane zgodnie z tradycją. Wśród nich - czulent po lubelsku z wołowiną i pierogi z gęsiną.
Nie mogło zabraknąć także deseru. Zdecydowaliśmy się na tradycyjną paschę z bakaliami. Była idealnie kremowa i aromatyczna. A po skończonym posiłku zamówiliśmy jeszcze kawę po żydowsku, parzoną w tygielku z dodatkiem kardamonu. Mocna, słodka, aromatyczna.
Mandragora na dużym ekranie
Restauracja Mandragora pojawiła się w oscarowym filmie "Prawdziwy ból" ("The Real Pain"), kręconym w Lublinie. Wnętrze lokalu, z drewnianymi stołami, starodawnymi świecznikami i atmosferą Starego Miasta, tak dobrze oddawało klimat dawnego żydowskiego domu, że twórcy filmu wybrali je do kilku kluczowych scen. Bohaterowie filmu kosztowali m.in. gryczane bliny ze śledziem, hummus, falafel, kaczkę, żydowski kalafior, pierogi, mostek chanukowy oraz labneh – prawdziwa kulinarna podróż przez żydowską tradycję, którą mogliśmy poczuć na własnym talerzu.
Gdzie historia spotyka smak
Kiedy wychodziliśmy, wszystkie stoliki były nadal zajęte, a przed wejściem czekali kolejni goście. Rezerwacja to w Mandragorze konieczność – zwłaszcza w weekendy i sezonie turystycznym. To jedno z tych miejsc, do których chce się wracać, bo za każdym razem można odkryć coś nowego – w smaku, zapachu, a może po prostu w atmosferze.
Mandragora nie jest skansenem, lecz żywym wspomnieniem świata, którego już nie ma. Smakuje historią, ale też współczesnością – tą najlepszą, która szanuje przeszłość i potrafi z niej czerpać. Jeśli ktoś pyta mnie, gdzie w Lublinie zjeść z duszą – odpowiadam bez wahania: właśnie tam.
Katarzyna Gileta, wydawczyni Wirtualnej Polski
Artykuł powstał we współpracy z Lokalną Organizacją Turystyczną Metropolia Lublin