Bona od progu robi bardzo dobre wrażenie, wnętrze jest jasne, przestronne i bardzo klimatyczne. Po przekroczeniu progu restauracji możemy poczuć się jak we Włoszech. Naszym stolikiem opiekowała się przemiła kelnerka, a mimo sporego ruchu na zamówione dania nie czekałyśmy długo. Menu łączy włoską klasykę z lokalnymi, lubelskimi akcentami. Nie zastanawiałyśmy się długo i na początek zamówiłyśmy autorską interpretację najbardziej znanego regionalnego wypieku.
WIDEOCebularzowe smaki w Lublinie. Lody, lemoniada i cebularze
Pizza inspirowana cebularzem. Ten smak przekonał nawet sceptyczkę
Na przystawkę wybrałyśmy pizzę inspirowaną cebularzem. Choć Bona nie jest pierwszą restauracją w Lublinie, która wykorzystała ten pomysł, jej wersja zdecydowanie zasługuje na uwagę. Za 29 zł dostałyśmy świetnie wypieczone ciasto – miękkie i puszyste w środku, z przyjemnie chrupiącymi brzegami. Na wierzchu znalazły się karmelizowana cebula i mak, a całość dopełniał sos imbirowy.
Brzmi nietypowo, ale właśnie ten dodatek idealnie przełamywał słodycz cebuli. Najlepszą rekomendacją niech będzie fakt, że pizzę z apetytem zjadła nawet Kornelia, która na co dzień za cebulą nie przepada.
Stek T-bone za 160 zł. Smak dobry, ale pojawił się zgrzyt
Po udanym początku przyszła pora na dania główne. Część z nas postawiła na sprawdzone propozycje. Pizza z gruszką i gorgonzolą (45 zł) oraz sycąca laffa z duszoną wołowiną (69 zł) zebrały bardzo dobre opinie.
Najdroższa pozycja wieczoru okazała się jednak jedynym większym rozczarowaniem. Koleżanka zamówiła steka T-bone za 160 zł. Mięso miało być wysmażone medium rare, tymczasem trafiło na stół wyraźnie przeciągnięte, bliżej stopnia well done. Dodatkowe zdziwienie wywołał rachunek – z niewyjaśnionych powodów stek został nabity na osobny paragon.
Na szczęście sytuację uratowały dodatki. Purée ziemniaczane za 10 zł było idealnie gładkie i kremowe, a grillowane warzywa za 34 zł przygotowano bez zarzutu.
Ozór wołowy. Danie, które całkowicie zmieniło moje nastawienie
Ja zdecydowałam się na pozycję, która u wielu osób budzi mieszane uczucia – ozór wołowy. Dotychczas kojarzył mi się wyłącznie z dzieciństwem. Kiedyś zjadłam ozór w sosie chrzanowym i bardzo mi smakował do momentu, gdy dowiedziałam się, co właściwie mam na talerzu. Od tamtej pory go unikałam. W Bonie zobaczyłam jednak zdjęcie dania w menu i postanowiłam dać mu drugą szansę. To była jedna z lepszych kulinarnych decyzji ostatnich miesięcy.
Za 64 zł otrzymałam dopracowane danie. Mięso było niezwykle miękkie i dosłownie rozpływało się w ustach. Podano je z głębokim, aromatycznym sosem na bazie czerwonego wina oraz aksamitnym purée z pasternaka. Całość była doskonale zbilansowana i dopracowana w każdym szczególe. Jeśli tak smakują podroby, z przyjemnością będę po nie sięgać częściej.
Ile kosztuje kolacja na lubelskim Starym Mieście?
Za jedzenie oraz napoje (soki i colę) zapłaciłyśmy łącznie 471 zł, uwzględniając również steka z osobnego rachunku. Biorąc pod uwagę lokalizację, jakość dań oraz wielkość porcji, trudno uznać tę kwotę za mocno wygórowaną.
Wpadka z przeciągniętym stekiem i osobnym paragonem nieco obniżyła końcową ocenę, jednak świetna obsługa, sprawna kuchnia i fenomenalny ozór wołowy sprawiły, że z restauracji wyszłyśmy z bardzo pozytywnymi wrażeniami. To miejsce, do którego z przyjemnością jeszcze wrócę.