Dla wielu spacerowiczów to stały punkt wycieczki, inni omijają je szerokim łukiem. Nie da się jednak ukryć, że na stałe wpisały się w polski krajobraz. Nie są jednak domeną tylko naszego kraju, bo podobne stoiska można spotkać w różnych zakątkach Europy.
Tuż przy samym początku turystycznego szlaku w Bułgarii natknęłam się na jedno z nich. Lekko chyboczący się stoliczek, wieżyczka z przetworami i czerwone maliny spowodowały, że przystanęłam na chwilę.
WIDEOSklepik Karolinka - wiejski spożywczak, który robi furorę
Ceny na stoisku przy drodze
Przetwory zdecydowanie wyglądały na domowe - brak etykiet dla jednych może być wykluczający, ale część potraktuje to jako obietnicę domowego smaku. Na krzesełku rozsiada się gospodarz i tylko spod kapelusza zerka na mnie, gdy robię zdjęcia. Nie zwraca na to jednak większej uwagi, nawet uśmiecha się pod nosem.
Nie ma się co dziwić. To efekt społecznego dowodu słuszności: im więcej osób będzie stało przy stoisku, tym więcej się zatrzyma. W marketingu i psychologii tłumu to klasyk - podświadomie zakładamy, że jeśli inni pasjonaci górskich wędrówek portfel już wyciągnęli, towar musi być pierwszej klasy. Handlarze doskonale o tym wiedzą, dlatego czasem wystarczy chwila rozmowy z jednym klientem, by wokół stoiska natychmiast utworzył się wianuszek zaciekawionych gapiów.
W słoikach są leśne klasyki. Z odręcznie napisanej na kartonie ściągawki dowiaduję się, że za 5 euro kupić można domowe konfitury z borówek, malin oraz jeżyn. Tyle samo, czyli 5 euro, kosztuje butelka syropu z czarnego bzu oraz słoik marynowanych rydzów. Obok stolika, w plastikowej skrzynce, pysznią się jeszcze świeże borowiki - za nie trzeba zapłacić 12 euro. Warto zauważyć, że ceny te, choć podane w euro po zmianie walutowej w Bułgarii, po przeliczeniu na złotówki pokrywają się z tym, co widzimy na parkingach w Karkonoszach czy Bieszczadach.
Oczywiście tutaj nie ma co nawet przychodzić bez gotówki. Terminalu tutaj nie ma, to sprzedaż bezpośrednia. Złośliwi powiedzieliby, że zainteresowałby się tym urząd skarbowy. Ale po pierwsze jesteśmy w innym kraju, po drugie jesteśmy ludźmi, którzy doskonale rozumieją, że ten mikrobiznes nie opiera się na wielkich kapitałach.
Szansa czy rosyjska ruletka?
Tego typu miejsca to z jednej strony ogromna szansa na spróbowanie czegoś prawdziwego. Kupując słoik bez logo wielkiego koncernu, płacimy za czyjąś ciężką pracę - czas spędzony w lesie i godziny przy garnkach. Dostajemy produkt bez tablicy Mendelejewa w składzie, który smakuje naturą, a nie syropem glukozowo-fruktozowym. Dla wielu z nas to też po prostu sentymentalny powrót do smaków dzieciństwa.
Z drugiej strony, trzeba mieć świadomość realnych zagrożeń. Kupując jedzenie na chyboczącym się stoliku, wchodzimy w strefę sanitarnej loterii. Nie mamy pojęcia, w jakich warunkach owoce były przetwarzane, czy słoiki zostały odpowiednio zamknięte i jak długo stały na pełnym słońcu.
Wielogodzinne wystawienie słoików na pełne słońce i wysoką temperaturę na leśnym parkingu przyspiesza procesy fermentacji, zwłaszcza gdy pasteryzacja w domowych warunkach była przeprowadzona "na oko". Promienie słoneczne dodatkowo odbarwiają owoce i niszczą cenne witaminy. Nie znamy też dokładnego pochodzenia składników - owoce mogły być zbierane tuż przy ruchliwej drodze, co oznacza, że mogą kumulować zanieczyszczenia ze spalin oraz kurz i pył wznoszony przez przejeżdżające samochody.
W przypadku grzybów dochodzi jeszcze kwestia zaufania do wiedzy botanicznej nieznajomego gospodarza. Pomyłka w przypadku rydzów czy borowików może skończyć się tragicznie, a brak jakiejkolwiek kontroli lokalnych służb sanitarnych oznacza, że w razie zatrucia konsument zostaje absolutnie sam, bez dowodu zakupu i prawa do reklamacji. Każdy z nas musi sam zdecydować, czy urok lokalnego folkloru jest warty takiego ryzyka.