Choć uwielbiam spędzać czas w kuchni, to nie wszystkie codzienne czynności sprawiają mi ogromną frajdę. Ba, w ogóle za nimi nie przepadam i jeśli tylko mogę, próbuję się od nich wykręcić. Nie inaczej było do niedawna w przypadku krojenia cebuli. Był to dla mnie prawdziwy koszmar, bo za każdym razem kończyło się to nieprzyjemnym szczypaniem w oczy i całym morzem łez. Chyba nie muszę dodawać, że żaden makijaż po takim boju nie był w stanie przetrwać.
A, że cebula to baza w każdej kuchni, bez której wręcz nie sposób się obejść, postanowiłam znaleźć skuteczne rozwiązanie mojego problemu. W tym celu zrobiłam małe śledztwo i przetestowałam kilka domowych patentów, które podobno mają pomagać przy krojeniu cebuli. Jak mi poszło? I czy w ogóle znalazłam sposób, który naprawdę działa? Już wyjaśniam!
Dalsza część artykułu pod materiałem wideo
DLA CIEBIEFocaccia z łososiem i burratą - włoskie danie jak z restauracji
Domowe patenty na płakanie przy krojeniu cebuli, które nie zadziałały
Podczas poszukiwań dowiedziałam się dwóch rzeczy. Po pierwsze, jest cała masa osób, które podobnie jak ja mają problem z krojeniem cebuli. Po drugie w teorii nie brakuje przeróżnych patentów na poradzenie sobie z nieprzyjemnym szczypaniem w oczy. Tylko czy w praktyce są one w ogóle skuteczne?
Zaczęłam od bardzo popularnej metody z wykorzystaniem wykałaczki. Miałam ją po prostu rzuć, podczas krojenia cebuli. I już po chwili, okazało się, że ten patent w ogóle nie działa. Ulatniający się gaz z cebuli od razu wywołał łzy i pieczenie.
Następnie postanowiłam przetestować chyba najpopularniejszą metodę z założeniem spinacza do prania na nosie. Podobno tę metodę wykorzystywały m.in. nasze babcie, dlatego byłam pełna nadziei, że tym razem się powiedzie. I choć było dużo lepiej niż w przypadku wykałaczki, to moje oczy po pewnym czasie zaczęły łzawić.
Warto postawić na te patenty
Powoli zaczęłam tracić wiarę, że pozostałe triki w ogóle zadziałają. Ale nie poddałam się i przetestowałam patent z cytryną. Plaster cytryny włożyłam do buzi i zaczęłam kroić cebulę. I faktycznie tym razem obyło się bez łez i nieprzyjemnego szczypania.
Przetestowałam też metodę z obniżeniem temperatury cebuli. I choć początkowo w nią nie wierzyłam, faktycznie okazała się skuteczna. Po 20 minutach chłodzenia zaczęłam kroić cebulę i obyło się bez nieprzyjemnych skutków.
Na koniec zostawiłam metodę ze świeczką. Zapaliłam ją i zaczęłam kroić cebulę. I tu muszę przyznać, że patent faktycznie działa, ale nie jest tak skuteczny jak poprzednie. Czułam delikatne pieczenie, ale dało się je wytrzymać.
Podsumowując, przetestowałam pięć metod, z czego dwie totalnie się nie sprawdziły, a należy podkreślić, że typowałam je jako pewniaki. Co więcej, skuteczne okazały się triki, w które początkowo nie wierzyłam. Jest to więc najlepszy dowód, że zawsze warto próbować. Od przeprowadzonych testów najczęściej wykorzystuję metodę z chłodzeniem cebuli. A kiedy brakuje mi na to czasu, zawsze przydatny okazuje się sposób z cytryną. A jakie jest twój faworyt? A może stosujesz zupełnie inne rozwiązania?